18 marca, 2017

Rozdział 7

W końcu udało mi się coś dodać. Mam nadzieję, że przypadnie do gustu, lecz z miejsca muszę przeprosić za białe tło, które wdarło się gdzieś w połowie rozdziału. Nie mam pojęcia, czemu... Błagam o wybaczenie ;_;



            Nieprzespana noc, strawiony alkohol i fakt posiadania nowego znajomego dawały się we znaki. Po powrocie do domu od razu ruszyłam do swojego pokoju. Mama na szczęście nie zadawała pytań. Dostrzegła moje zmęczenie i z pewnością wyczuła też charakterystyczny zapach średniej jakości trunków, lecz mimo to odpuściła. Czując ulgę, padłam na łóżko niczym trup i z trudem zaczęłam ściągać z siebie ubrania. Wpełzłam pod kołdrę, gdzie już po chwili odczułam błogi spokój, jaki dawała mi świeża, czysta pościel. Sen przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Zaledwie po chwili ja i Pandora znów byłyśmy jednością.
            Zdziwiło mnie otoczenie, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Szłyśmy szerokim korytarzem, a po obu stronach wisiały liczne podobizny oprawione w białe ramy. Kilka szybkich kroków później dotarłyśmy do rozwidlenia, gdzie bez wahania skręciłyśmy w prawo. Przeszłyśmy jeszcze około sto stóp, by znaleźć się we właściwym miejscu. W nasze oczy padały rażące promienie słoneczne. Wielka, owalna sala była rozświetlana przez niezliczone okna. Po lewej i prawej stronie od wejścia stały masywne schody prowadzące na rozległą antresolę. Zadarłyśmy głowę, by dojrzeć, co znajdowało się na górze. Udało nam się uchwycić wzrokiem tylko kilka krzeseł. Pod antresolą, przy ścianie, stał piękny fotel obity w białą skórę. Właściwie wszystko w tej sali było białe. Na tronie siedział mężczyzna, którego Pandora zwała Arthurem, przywódcą.
            Po dotarciu przed jego oblicze, odruchowo uklęknęłyśmy na jedno kolano. Arthur machnął ręką, a wraz z innymi Obrońcami Świtu podniosłyśmy się do pionu. Oprócz nas, w sali znajdowało się sześć osób.
            — Witajcie, bracia i siostry — przemówił przywódca donośnym głosem.
            — Witaj, bracie — odpowiedzieliśmy jak jeden mąż.
            — Nastały ciężkie czasy, przyjaciele — westchnął Arthur. — Nie będę was okłamywał, jest źle.
            Wziął głęboki wdech.
            — Demony rosną w siłę i to w zaskakującym tempie. Zwiadowcy informują, że te piekielne pomioty przemycają broń przez Paryż.
            — To niemożliwe! — syknął mężczyzna z blizną. Ten, o groźnym obliczu – Liam. — Nie odważyliby się!
            — Stają się coraz przebieglejsi — mruknęła jasnowłosa kobieta. Zerknęłyśmy na nią z ukosa. Miała czuje, błękitne oczy i drobną posturę.
            — To prawda — przytaknął Arthur, ponownie skupiając na sobie uwagę. — Dlatego musimy coś z tym zrobić. Jesteście moją najlepszą siódemką.
            Po tych słowach pozostali z wyjątkiem Liama spojrzeli na mnie i Pan wymownie. Może i jestem najsłabsza, ale też najmłodsza. Droga do potęgi będzie długa, lecz to ja stanę się najsilniejsza, podsłuchałam oburzone myśli Pandory.
            — Zwiadowcy przekazali mi również lokalizację. Miejscem przemytu jest stary, opuszczony magazyn na obrzeżach Paryża.
            Nie! To był podstęp! Przecież Dagon chciał, żebyśmy właśnie tak myśleli…
            — Macie wyruszyć tam jutro o świcie, zabić wszystkie demony i przejąć ich towar.
            — Czy te informacje są pewne? — zapytałyśmy niewinnie, nie chcąc wzbudzać podejrzeń.  — Czy demony odsłoniłyby się z taką łatwością?
            — Tak, to pewne. Nasi bracia dostrzegli krzątające się tam demony. Próbowały podszywać się pod ludzi, ale zostały rozpoznane.
            Nie mogłyśmy nic zrobić. Było już zdecydowanie za późno, by przyznać się do spoufalania z demonem.
            — Skompletujcie broń i wyruszajcie. Niech promienie Świtu was prowadzą — zakończył Arthur, unosząc dłonie na znak błogosławieństwa.
            Przełknęłyśmy głośno ślinę. Jeśli Dagon nie kłamał, zostaniemy poprowadzeni prosto w pułapkę. Wolę umrzeć z honorem, niż przyznać się do zdrady, pomyślała Pandora. Ja wolałam jednak przeżyć.
            Gdy opuszczaliśmy salę tronową, Liam niespodziewanie chwycił nas za rękę. Nieco zdziwione odwróciłyśmy się za siebie.
            — Musisz na siebie uważać, Pan — szepnął, przysuwając się na niebezpiecznie bliską odległość. Odruchowo postąpiłyśmy krok w tył. — Wiem, że posiadasz hart ducha, ale to może nie wystarczyć.
            — Poradzę sobie — mruknęłyśmy, patrząc wymownie na dłoń Liama. — Przecież nie wyruszam sama. Ty też tam będziesz — dodałyśmy nieco milej i posłałyśmy mu przyjazny uśmiech.
            Liam skamieniał na chwilkę, lecz w końcu nas puścił. Odpowiedział podobnym uśmiechem i machnął ręką, byśmy za nim poszły. Udaliśmy się do zbrojowni znajdującej się w rozległych piwnicach, oświetlanych jedynie przez nieliczne pochodnie. Gdyby nie Liam, z pewnością zgubiłybyśmy się w tym labiryncie korytarzy i pomieszczeń. Tylko broń należąca do oddziałów specjalnych znajdowała się tak głęboko pod ziemią. Była to bowiem broń zaklęta przez starożytny czar, do którego dostęp mieli wyłącznie najstarsi i najznakomitsi zaklinacze. Nikt inni nie potrafił rzucać tak silnego zaklęcia. Zwiększało ono siłę broni, nadając jej status artefaktu. Członkowie oddziałów specjalnych otrzymywali po jednej, gdy uznano, że są godni. Musieli przejść pewnego rodzaju test, wykazać się sprytem, inteligencją i po prostu pokonać demona wyższej rangi – zmiennokształtnego. Tylko broń artefaktowa była w stanie ostatecznie unicestwić piekielną istotę.   Podziękowałam Pandorze, że miałam dostęp do jej myśli. W przeciwnym wypadku na pewno nie byłabym w stanie tego wszystkiego pojąć.
            Gdy znaleźliśmy się przed żelaznymi drzwiami na końcu jednego z niezliczonych korytarzy, Liam położył delikatnie dłonie na ogromnej kłódce, która nie posiadała dziurki na klucz, i zaczął recytować zaklęcie. Z fascynacją patrzyłyśmy, jak mężczyzna wypowiadał łacińskie wersy, a jego twarz spowijało skupienie. Nie rozumiałyśmy tych słów. Pandora nigdy nie uczyła się zaklęć pieczętujących. Kiedy Liam skończył, kłódka otworzyła się z głośnym szczęknięciem. Pociągnęliśmy za ciężkie drzwi, a naszym oczom ukazało się długie, niskie pomieszczenie. Po obu stronach stał jeden rząd kufrów. Każdy zamknięty przez zaklęcie pieczętujące. Nasze kufry z bronią znajdowały się mniej więcej w połowie pomieszczenia. Liam otworzył najpierw swój, po czym wyciągnął masywny, zapewne ciężki, miecz. Obejrzał go dokładnie z każdej strony i wsunął do pochwy na plecach. Potem chwycił naszą dłoń, przyłożył ją do kolejnego, mniejszego, kuferka i otworzył go za pomocą zaklęcia. Emocje wzięły górę i niezwykle uradowane chwyciłyśmy za naszą broń. Czując znajomą rękojeść i widząc błysk stali w półmroku, pozwoliłyśmy, by broń dodała nam mocy. Przyjemny wzrost energii potrafił być uzależniający.
            Liam parsknął, widząc naszą reakcję. Położył nam dłoń na ramieniu i zbliżył się nieznacznie.
            — Nigdy się nie przyzwyczaisz, prawda?
            — To zbyt przyjemne, by się przyzwyczajać — odparłyśmy, wciąż spoglądając z dumną na miecz.
            — Gdy będziesz miała tyle lat, co ja, to stanie się dla ciebie normą.
            Zerknęłyśmy na Liama ciekawskim wzrokiem. Wyglądał maksymalnie na trzydziestolatka. Wiedziałyśmy jednak, że liczył sobie około stu wiosen.
            — Na szczęście jestem jeszcze młoda i pełna życia — odparłyśmy, szturchając go łokciem w ramię. Mężczyzna zaśmiał się i oddał lżejszy cios.
            — Takie młodziki jak ty zawsze myślą, że pozjadały wszystkie rozumy — mruknął, dając nam znak do wyjścia z pomieszczenia. — Czyni was to całkiem uroczymi — dodał, gdy przygotowywał się do ponownego pieczętowania kłódki.
            Na chwilę poczułyśmy dziwne odrętwienie. Liam, którego wszyscy się bali, Liam, który miał przeciętą brew, był świetnym wojownikiem i członkiem oddziału specjalnego, twierdził, że byłyśmy urocze? To nie do pomyślenia… Pandora znała go od urodzenia i sama czasem trochę się bała. Dziwne zachowanie mężczyzny wzbudziło w niej konsternację. Pomyślała nawet, że Liam będzie chciał ubiegać się o jej rękę. W końcu rodzice Pandory od jakiegoś czasu szukali godnego kandydata. Dostali już nawet kilka propozycji, ale wszystkie odrzucili. O co ja się martwię… On tylko zażartował, skwitowała w myślach moja gospodyni. Ja też uważałam, że przesadzała. Mężczyzna chciał po prostu się powygłupiać. Może i nasze stulecia znacznie się od siebie różniły, ale w tym przypadku nie wyczułam żadnej nutki flirtu.
— Co za marne określenie… — mruknęłyśmy, ruszając w kierunku wyjścia z podziemi.
Liam wzruszył ramionami i pokręcił głową. Wyglądał na całkiem rozbawionego.
— Jutro rano dostaniemy dokładne współrzędne — rzucił nasz towarzysz, gdy zbliżaliśmy się do prywatnej komnaty Pandory. — Więc nie myśl już o tym, tylko po prostu się połóż. Musisz być wypoczęta.
— Skąd u ciebie taka troska? — spytałyśmy z przekąsem, chcąc jak najbardziej wykorzystać jego dobry humor.
— Zawsze martwię się o swoich — odparł bez namysłu, po czym podparł się o ścianę przy naszych drzwiach.
— Jutro będziesz miał okazję to udowodnić.
Liam posłał nam pewny siebie uśmiech i odszedł do swojego pokoju. Wzięłyśmy jego radę do serca. Przed snem zdążyłyśmy wypolerować miecz, by z klasą zabijać nim demony i bez dłuższego zwlekania opadłyśmy na łoże. Pandora zasnęła zadziwiająco szybko, a ja po raz pierwszy miałam możliwość ujrzeć jej sny. Stałam z boku, przyglądając się mglistym wizerunkom demona o czarnych oczach i mojej gospodyni. Ich niewyraźne sylwetki tańczyły dookoła mnie, splecione dłońmi i pocałunkami. Czy już wtedy wiedziała, że go kocha? Ja wiedziałam. Sama mi to pokazała na początku naszej przygody, a potem zaczęła przedstawiać historię od pierwszych, właściwych, wydarzeń. Jeśli nadal tego nie odkryła, to kiedy miało nastąpić wielkie przebudzenie? Pandora myślała, że jest taka dorosła i odpowiedzialna. Że pozjadała wszystkie rozumy świata, a jednak nie potrafiła się przyznać do jednego, klarownego uczucia. Co za idiotka.
Sen o kochankach skończył się w kilka sekund. No, przynajmniej dla mnie. Kiedy podniosłyśmy się do pionu i zaczęłyśmy szykowanie do wyprawy, był już świt. Słońce dopiero niewinnie wychylało się zza horyzontu, ale wrony wesoło dokazywały za murami zamku. Uwijałyśmy się niczym mrówka, zapinając guziki jasnego, przewiewnego stroju, a następnie przypinając do ciała kilka sztyletów i ostatecznie pochwę z bronią artefaktową. Już dosłownie na kilka minut przed wyjściem związałyśmy długie, czarne włosy w warkocz i upewniając się, że wszystko mamy na miejscu, ruszyłyśmy na dziedziniec. Jak się za chwilę okazało, dotarłyśmy jako ostatnie. Przywitały nas nieprzychylne spojrzenia pobratymców, ewidentnie niezadowolonych z tak późnego przybycia. Mruknęłyśmy pod nosem ciche przywitanie i ustawiłyśmy się w szeregu.
— Arthur w nas wierzy — rzucił donośnym głosem Liam, stając przed nami. Pełnił dziś rolę dowódcy. Trudno się dziwić – był prawą ręką naszego przywódcy. — Dziś też go nie zawiedziemy.
— A co, jeśli okażą się liczebniejsi? — spytał szczupły, chłopak o brązowych, zaspanych oczach. — Nie powinniśmy zabrać ze sobą więcej ludzi?
— Nie zachowuj się jak tchórz, Gilles — warknęła w odpowiedzi Aude, ta sama pewna siebie blondynka, co wczoraj. — Skoro się tak boisz, to lepiej wracaj do środka.
— Nie o to chodzi! Staram się być realistą…
— Cisza! — ryknął Liam, mając dosyć ich przekomarzania. Pozostali od razu zamilkli i wyprostowali plecy. — Z raportów zwiadowców wynika, że przychodzą tam maksymalnie w dziesięciu. To stary, opuszczony magazyn znajdujący się za cmentarzem Père-Lachaise. Nie musimy się martwić o to, że zobaczy nas ktoś niepożądany.
Popatrzyłyśmy na sprzeczających się spode łba. Tracili tylko czas i energię na bezsensowne kłótne. Chodźmy już zginąć, pomyślałam gniewnie Pandora. Gdybym w tamtej chwili miała własne ciało, przewróciłabym teatralnie oczami. Ona naprawdę wolała umrzeć, niż się przyznać. Ja jednak wiedziałam, że jeszcze nie nadszedł jej czas. Patrząc chronologicznie, scena seksu z Dagonem wciąż się nie wydarzyła. Uznawałam ją za punkt odniesienia, była najbardziej wysunięta w czasie. Nie wiedziałam jednak, co miało wydarzyć się w następstwie, ale podejrzewałam, że potem moja gospodyni zginie. Nie miałam co do tego pewności, choć gdzieś głęboko w podświadomości czułam zbliżający się nieuchronny koniec.
— Ruszajmy już — mruknął Liam, uciszając nasze myśli.
Bez słowa skierowaliśmy kroki do stajni i wyprowadziliśmy z boksów osiodłane już konie. Każdy z nas miał własnego. Do Pandory należał młody, kary ogier. Był to potężny, wysoki koń, który uderzał przednim kopytem w ziemię, prawdopodobnie na znak zniecierpliwienia.
— Spokojnie, Okruch — szepnęłyśmy, siedząc już na grzbiecie zwierzęcia. Poklepałyśmy go po szyi, a koń, słysząc nasz głos, momentalnie się uspokoił. Czemu, do cholery, nazwała taką bestię „Okruch”?! Dla żartu? Nigdy przedtem nie widziałam tak wielkiego i potężnie zbudowanego konia.
Kilka minut później wyjechaliśmy z terenów należących do Obrońców Świtu. Galopowaliśmy obrzeżami miasta z dala od ciekawskich spojrzeń rannych ptaszków. Im bardziej Pandora próbowała opóźnić podróż, tym konie szybciej jechały. Z każdą upływającą godziną moja żywicielka pociła się i trzęsła coraz mocniej. Chciałam ją jakoś pocieszyć, zapewnić, że to jeszcze nie koniec, ale i tak by mnie nie usłyszała. Utożsamiałam się z nią i z czasem zaczęłam traktować jak siostrę. Była mi bliska.
— Tu zostawimy konie — rozkazał Liam, zatrzymując się nieopodal rozłożystego drzewa. Pandora nie była w stanie mu nawet odpowiedzieć, więc potulnie zsiadła z Okrucha i przywiązała wodze do grubej gałęzi. Byliśmy na tyle blisko, by w oddali ujrzeć cmentarz, lecz wciąż pozostawaliśmy w bezpieczniej odległości. Podzieliliśmy się na dwie grupy, by okrążyć cmentarz z dwóch stron i odciąć demonom drogę ucieczki. My ruszyłyśmy z Gillesem i Aude. Już gorzej być nie może, pocieszała się Pan, spoglądając niepewnie na towarzyszy.
Gdy straciliśmy pozostałych z oczu i weszliśmy na teren cmentarza, poczułyśmy dziwne uczucie zagubienia, które przerodziło się w strach. Jałowa ziemia i stare, popękane nagrobki nie pomagały. Do tego musieliśmy zachować szczególną ostrożność, gdyż unosiła się poranna mgła. Scena jak z horroru. Mogłabym się nawet zaśmiać w duchu z komizmu sytuacji, ale w tamtej chwili byłam zagłuszana przez emocje Pandory. Ogarnęło mnie tak silne przerażenie, że próbowałam nawet wyciszyć własne myśli w obawie, że ktoś je usłyszy. Na twarzach naszych towarzyszy malował się spokój i skupienie. Również Gilles, który wcześniej emanował zwątpieniem, stawiał ostrożne kroki, skrywając się za nagrobkami. Aude szła pierwsza, pochylając głowę i wypatrując zagrożenia. My również zgarbiłyśmy się, by nie zostać zauważone. Może i mgła utrudniała marsz, ale dawała namiastkę kamuflażu.
Kiedy opuściliśmy cmentarz, po kolei podbiegaliśmy do drzew, by ukryć się za ich grubymi pniami. Stamtąd mogliśmy ujrzeć średniej wielkości magazyn. Był stary i spróchniały, z pozoru opuszczony. Swoim widokiem i położeniem nie zachęcał ciekawskich śmiertelników do odwiedzin. Idealne miejsce na niecne sprawy demonów.
Aude dała znak dłonią i zaczęliśmy powoli wychodzić zza drzew, skradając się w kierunku tylnego wejścia do magazynu. Zdziwił nas fakt, że nikt nie stał na straży. Może nikogo już tam nie ma? Proszę, żebyśmy natrafili jedynie na pusty budynek, błagała w myślach Pandora. Gdy dotarliśmy do uchylonych drzwi, po cichutku wślizgnęliśmy się do środka, a potem kucnęliśmy za wielkimi, niedbale ustawionymi skrzyniami. Serce waliło nam jak opętane. Z pozoru magazyn naprawdę wydawał się być pusty. Nawet ja pomyślałam, że może faktycznie się spóźniliśmy. W końcu jednak usłyszeliśmy stłumione głosy dobiegające z głębi budynku. Aude przyłożyła sobie palec do ust, jednocześnie nasłuchując. Głosy nie należały do naszych towarzyszy. Serce znów zabiło nam szybciej. Demony nadal znajdowały się w środku, ale skoro tak, to co z fałszywymi informacjami od Dagona? Może miał na myśli inną kryjówkę? Może ta nie była aż tak ważna?
— Ruszamy — szepnęła Aude, dając znak ręką.
Najpierw odbiła w prawo, ukrywając się za poniszczonym, lekko uchylonym kufrem, by po chwili ponownie spojrzeć bacznie przed siebie. Powtórzyła ten manewr kilka razy, aż w końcu skinęła, byśmy podążyli za nią. Gilles niepewnie kopiował ruchy towarzyszki, choć jego twarz wyrażała jedynie skupienie. Wzięłyśmy głęboki wdech i przemieściłyśmy się jako ostatnie.
Gdy kucaliśmy w ukryciu mniej więcej w połowie długości magazynu, dostrzegliśmy grupkę demonów. Było ich dokładnie dziewięć. Nie wyglądali na zaniepokojonych, wręcz przeciwnie – nie przejmując się potencjalnym zagrożeniem, przeliczali broń, sporządzali adnotacje, a dwóch nawet wesoło gawędziło. Aude ściągnęła brwi z rozgniewania. Wiedziała jednak, że nie mogliśmy teraz zaatakować. Mieli przewagę liczebną i cały stos broni na wyciągnięcie ręki. Odliczając nieubłagalnie płynące sekundy, dostrzegliśmy jakiś ruch przy głównym wejściu do magazynu. Wielkie, masywne drzwi zaskrzypiały niemiłosiernie, co w końcu zwróciło uwagę demonów. Podniosły ze zdziwieniem głowy i już chwilę później każdy z nas zobaczył niezwykle jasną wiązkę światła uderzającą w przeciwników. To było to.
Aude poderwała się z ziemi, wyciągnęła miecz i z bojowym okrzykiem ruszyła na tyły zdziwionych demonów. My również podniosłyśmy się z kolan i kiedy chciałyśmy pójść w ślady towarzyszki, Gilles niespodziewanie chwycił nas na łokieć.
— Pandoro, spójrz — rzucił, wskazując głową ukryte pod starą, pożółkłą płachtą wejście do piwnicy.
— Zostawmy to na potem — odpowiedziałyśmy, próbując wyrwać się ze stalowego uścisku. Gilles był drobnej postury, ale trzymał nas z siłą porównywalną do wielkoluda Liama.
— Tu jest ich dziewięciu. W piwnicy musi ukrywać się ostatni z nich — zasugerował chłopak, co brzmiało bardzo rozsądnie. — Zaskoczymy go. We dwójkę mamy większe szanse.
Skinęłyśmy potakująco głową i ostrożnie ruszyliśmy w dół magazynu. Nikt i tak nie zwracał na nas większej uwagi. Wszyscy byli zbyt zajęci walką na śmierć i życie, a my po prostu bawiliśmy się w małych archeologów.
Stawialiśmy powolne, pełne opanowania kroki. Schody były bardzo stare i również spróchniałe. Już zaledwie w połowie drogi na dół ujrzeliśmy ostatniego z demonów, który stał do nas tyłem i grzebał w skrzyniach przy ścianie. Zachowywał się, jakby zupełnie nie obchodziły go wrzaski, wystrzały energii oraz odgłosy ścierających się broni dobiegające z parteru. Mimo to, gdy stopami dotknęliśmy chłodnej, kamiennej podłogi, demon w końcu się odwrócił. Był wysoki i ciemnowłosy, a na plecach miał zarzucony czarny płaszcz. Stał wyprostowany i obserwował nas, jakby czekał na dogodny moment na ucieczkę lub atak.
W chwili, gdy ścisnęłyśmy mocniej rękojeść, jedyna pochodnia paląca się w piwnicy delikatnie oświetliła twarz demona. W tamtym momencie byłyśmy skończone. Ja i Pandora.

— Dagon… — szepnęłyśmy, po raz pierwszy jako jedność.

2 komentarze:

  1. Och, wróciłam na Blogspota i widzę, że niektóre trupki jeszcze dychają! <3 Będę czytać wkrótce!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dychają, dychają, ale ledwo :P Cieszę się, że wróciłaś <3

      Usuń