30 czerwca, 2016

Rozdział 6


Było po dziewiątej, gdy w końcu zjawili się ostatni goście. Ból głowy, który doskwierał mi przez dudniącą z głośników muzykę, próbowałam stłamsić alkoholem. Większość imprezowiczów była już pijana, niektórzy z nich czasem do mnie podchodzili i zagadywali. Ostatecznie za każdym razem rozmowa się ucinała, kiedy jedno z nas odchodziło po dolewkę. Tamtego wieczora piwo przelewało się przeze mnie niczym woda przez metalowe sito. Po każdym kubku szłam za potrzebą do toalety i od razu czułam się trzeźwiej. Siedząc na fotelu w kącie, przyglądałam się tańczącej Marsy, wesołej i rozgadanej Kate oraz Seanowi, który całował się już chyba z drugą dziewczyną. Czy byłam zazdrosna? Nie. Na jego widok czułam się raczej zniesmaczona. Przecież nie byliśmy parą, bym mogła mu cokolwiek zabraniać, czy robić wyrzuty. Uznałam, że to nawet lepiej. Sean najwyraźniej nie chciał ograniczać się do jednej osoby.
Kiedy tak spoglądałam na świetnie się bawiących znajomych, na kanapie obok mojego fotela spoczął Tyler. Rozsiadł się niczym prawdziwy pan domu, uważając, by na nie rozlać na śnieżnobiały mebel ani kropli piwa.
— Czemu tu tak sama siedzi? — spytał, jakby naprawdę troszczył się o moje samopoczucie. Wzruszyłam od niechcenia ramionami. Nie byłam pewna, co odpowiedzieć. Nie chciałam sprawiać mu przykrości, ja po prostu nie lubiłam imprez.
— Zbieram siły po dolewkę — parsknęłam, machając Tylerowi przed nosem prawie pustym kubkiem. Gospodarz uśmiechnął się pod nosem. Upił łyk piwa i mruknął.
— A może masz ochotę na coś mocniejszego? — zaproponował. Przez chwilę się wahałam. Gdy wczoraj wypiłam za dużo wódki, dałam się ponieść emocjom i pocałowałam Seana. Tym razem postanowiłam do tego nie dopuścić i pić ostrożniej.
— Czemu nie? — odparłam i oboje podnieśliśmy się z miejsc. Tyler poprowadził mnie i jeszcze kilku znajomych do szklanego barku, w którym stały – niczym na wystawie – przeróżne (i zapewne drogie) alkohole. Z szuflady wyciągnął kilka kieliszków i szklanek, po czym zaczął rozlewać napitek. Tym razem poprosiłam o drinka z kolą. Kiedy kolega przygotowywał nam napoje, a pozostali, albo dzielnie czekali na swoją kolej, albo podskakiwali wesoło, ktoś podszedł nieco bliżej i stanął po mojej prawej. Nasze ręce otarły się o siebie, przyprawiając o natychmiastowe ciarki. Oddech znacznie mi przyspieszył i zacisnęłam dłoń na trzymanym, pustym kubku. Z nieznanych powodów, byłam przerażona. Bałam się choćby unieść głowę. Na całym ciele miałam gęsią skórkę. Na plecach poczułam spływającą zimną kroplę potu. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale dla mnie to była wieczność. Ten sam chłopak, który się o mnie otarł, głośno chrząknął, a Tyler, słysząc ten dźwięk, odwrócił się w naszym kierunku. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Odstawił na chwilę alkohol i cudzy kieliszek, po czym podszedł i objął nieznajomego.
— Jake, brachu! — rzucił, klepiąc rozmówcę w ramię. — Co tak późno dotarłeś? Myślałem, że szybciej się ze wszystkim uwiniesz.
— Miałem kilka spraw do załatwienia na mieście. Dawno mnie tu nie było —odparł chłopak dźwięcznym, męskim głosem. Dopiero teraz uniosłam wzrok, by na niego spojrzeć. Nieznajomy był dość wysoki, na pewno wyższy niż ktokolwiek z imprezowiczów, i co najważniejsze – starszy. Z pewnością już dawno skończył liceum. Tylko skąd Tyler go znał? Jeszcze raz przyjrzałam się każdemu z nich. Ciężko było nie zauważyć rzucającego się w oczy podobieństwa ­– te same jasne włosy, te same błękitne oczy… — Ale przywiozłem więcej piwa, w razie gdyby jednak zabrakło — dodał i również za mnie zerknął. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, moje ciało przeszył niewidzialny piorun. Pod skórą czułam ciepłe, nieprzyjemne wibracje, a w żołądku wielką igłę, kłującą mnie i próbującą wydostać się na zewnątrz. Nie, to nie było żadne zauroczenie. Ból stał się realny.
— Ach, Em, to mój brat Jake — przedstawił nas Tyler, widząc mój błądzący wzrok. Wyciągnęłam niepewnie dłoń przed siebie, a chłopak chwycił ją w stalowy ucisk. Odczułam kolejną falę pieczenia, szczypania i rażenia prądem.
— Emma — wyszeptałam, próbując zachować równowagę i ustać w miejscu.
— Jake — odparł rozmówca, posyłając mi przyjazny uśmiech. Nie byłam w stanie ocenić, czy chłopak był przystojny, po prostu błagałam w myślach, by w końcu mnie puścił. Gdy Tyler skończył serwować drinki, jak najszybciej wróciłam na swój fotel i kurczowo ścisnęłam lodowatą szklankę rozpaloną dłonią. Pieczenie zaczęło ustawać i na szczęście nikt nie zauważył mojego cierpienia. Odjęłam rękę od naczynia i spojrzałam na wnętrze dłoni. Nie była ani zaczerwieniona, ani opuchnięta. Ból też był już tylko wspomnieniem. Czy sobie to wszystko wymyśliłam? Może to znowu wina alkoholu? Pokręciłam przecząco głową. Zaczynałam świrować. Mimo wszystko czułam się wystarczająco trzeźwa, by odróżniać to, co realne, od tego, co fikcyjne.
Nacieszyłam się powolnym sączeniem drinka zaledwie kilka minut. Na moje nieszczęście, ten cały Jake postanowił usiąść tam, gdzie wcześniej Tyler i pozabawiać mnie rozmową. Wcisnęłam się mocniej w fotel, byleby znaleźć się jak najdalej od brata kolegi. Przez chwilę po prostu mi się przyglądał, jakby analizował i oceniał. W odpowiedzi posłałam mu wymowne spojrzenie, a ten parsknął.
— Jesteś jakaś dziwna — mruknął i aż oplułam się napojem. Co to niby miało znaczyć?
— I nawzajem — burknęłam, odwracając głowę w kierunku tańczących nastolatków. Jake miał jednak inne plany, niż ucięcie rozmowy. Najwyraźniej postanowił mnie jeszcze trochę podręczyć.
— To nie była obelga — rzucił. Kątem oka zarejestrowałam, że przysunął się nieco do brzegu kanapy, bliżej mnie. — Czemu nie bawisz się ze znajomymi?
— Nie mam ochoty i tyle. — Ponownie na niego spojrzałam. Przyglądał się, przekrzywiając lekko głowę. — Czemu to cię w ogóle interesuje? Nie jestem na tyle fascynującą osobą, by pisać o mnie książkę — dodałam, na co Jake zaśmiał się perliście. Długo nie wytrzymałam i również parsknęłam pod nosem.
— Tylko z tobą mnie przedstawiono. Mój braciszek nie jest za dobrym gospodarzem — powiedział, upijając łyk piwa, a rozbawienie nie schodziło mu z twarzy.
— Nie zgodzę się z tobą — zaoponowałam, unosząc palec wskazujący. Język powoli zaczynał mi się plątać, ale to ignorowałam. — Może to ty jesteś po prostu nudny.
Jake wyszarpnął mi z rąk szklankę, po czym odstawił ją i swój kubek na stolik. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, chwycił mnie za rękę i pociągnął na środek pokoju. Alkohol zaczął dawać się we znaki i ból, jaki czułam po zetknięciu ze skórą chłopaka, nie był już tak uporczywy. Może po prostu miałam alergię na jego perfumy? Wydawało mi się to całkiem sensowne, ale z jakiegoś powodu zignorowałam nową teorię i pozwoliłam, by Jake chwycił moje obie dłonie. Chwilę później zaczęliśmy tańczyć. Czułam się jak bezwładna kukła, kiedy obracał mnie, wypuszczał i ponownie łapał. Momentalnie przed oczami stanął mi obraz Pandory, Dagona, wystawnego balu, szykownych strojów z Mediolanu, pięknych fryzur oraz biżuterii. Potem rozejrzałam się po pomieszczeniu porównując to, co widziałam, do obrazów ze snu. Głośna muzyka pop, pijani, roztańczeniu nastolatkowie, wykrojone ubrania i mocny makijaż, nijak to się miało do przyjęcia z siedemnastowiecznej Francji. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Czułam się tak wspaniale, wiedząc, że mogłam przebywać w dwóch wiekach na raz, nawet jeśli jeden z nich był tylko snem. Jake nie tańczył tak wprawnie jak Dagon, ale zabawa z nim sprawiła mi wiele frajdy. Prowizoryczny parkiet na środku salonu okazał się lepszym miejscem do spędzenia czasu, niż fotel w kącie.
— Jak na takiego wyrzutka, całkiem dobrze tańczysz — mruknął mi na ucho chłopak. Uśmiechnęłam się do niego szeroko i objęłam go za szyję. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Odniosłam wrażenie, iż czas się zatrzymał. Jake również zamilkł. Miał wtedy taki wyraz, jakby obliczał trudne zadanie matematyczne. Mimo to, nie spuszczał ze mnie wzroku. Jego ręce powędrowały mi na plecy, delikatnie je gładząc. Nie czułam już bólu, jedynie rozpalające od środka pragnienie. Tylko czego? Czego właściwie w tamtej sekundzie pragnęłam? Żar buchał w moim wnętrzu, a hipnotyzujące oczy Jake’a nie pozwalały na jakikolwiek ruch. Głośna muzyka, śmiech innych imprezowiczów i nasze przyspieszone oddechy zlały się w całość, tworząc dziwnie przyjemną dla ucha mieszankę. Kiedy cały ten gorąc miał za chwilę uwolnić się z mojego ciała, dając upust wszystkim pragnieniom, piosenka się skończyła. Momentalnie odsunęłam się od chłopaka, a jeden ze znajomych Tylera podbiegł do laptopa, by wybrać następny utwór. Spojrzałam przelotnie na chwilowego partnera od tańca i ruszyłam w kierunku fotela. Żar ustał, a mój umysł bombardowały wspomnienia Dagona. Nie obchodziło mnie racjonalne tłumaczenia, że postać tajemniczego wojownika z Francji nie była tak naprawdę moim wspomnieniem. Należało do Pandory, ale przejęłam je na własność. Mężczyzna ze snów stał się moim ideałem, niedoścignionym marzeniem, symbolem czegoś, czego nigdy nie zdobędę. Jedynym, co po nim zostało to myśli. Tego nikt nie mógł mi odebrać.
Gdy usiadłam w kącie, tym razem Jake odpuścił. Zniknął mi z pola widzenia i nie zauważyłam go aż do momentu, gdy znaczna część imprezowiczów poszła do domu lub gdzieś zasnęła. Ja wciąż siedziałam na tym skórzanym fotelu niczym duch, obserwując wszystkich dookoła. Około czwartej nad ranem Marsy dosłownie padła na kanapę obok mojego siedziska. Ułożyła się na twardej poduszce i zwinęła w kłębek niczym mały kociak. Uniosła głowę, by spojrzeć na mnie zaspanym wzrokiem i z trudem się uśmiechnęła.
— Tańczyłam z Chrisem — wybełkotała. — Mam nawet jego numer! — dodała nieco energiczniej, po czym głośno ziewnęła.
— Nieźle, Mar — odparłam z uznaniem, gładząc brązowe i nieco skołtunione włosy przyjaciółki. — Może twój trzyletni plan w końcu się powiedzie.
— Mówiłam ci, że pewnego dnia go zdobędę. — Uśmiech nie schodził z twarzy dziewczyny, choć było widać, że walczyła z całych sił, by nie zasnąć. — Jutro do niego napiszę, a on zaprosi mnie na randkę… — Jej głos stawał się coraz cichszy. Parsknęłam pod nosem, przyglądając się zasypiającej Marsy. Odgarnęłam jej z czoła włosy i przykryłam wiszącym na oparciu mojego fotela kocem. Uznałam, że mi również przyda się nieco snu, choćby tylko dlatego, że pragnęłam ponownie ujrzeć Dagona. Odnalazłam wziętą z domu szczoteczkę i umyłam zęby. Czując się o niebo świeżej, rozpoczęłam poszukiwania dogodnego miejsca na przespanie choć kilku godzin. Nie byłam zbyt wymagająca, mogłam położyć się na jakieś sofie czy materacu. Starając się poruszać jak najciszej, zaglądałam do wszystkich pomieszczeń w nadziei na wolne miejsce. W pewnym momencie natrafiłam na jedną z sypialni dla gości. Byłam pewna, że wielkie, wygodne łóżko jest wolne, jednak na moje nieszczęście spały w nim dwie osoby. Rozebrana do naga dziewczyna, której spod kołdry wystawał kawałek piersi, i… Sean. Uniosłam jedną brew i pokręciłam z politowaniem głową. To już nie była moja sprawa.
Ostatecznie okazało się, że nie pozostało żadnego wolnego miejsca oprócz mojego nowego przyjaciela – fotela w kącie. Zrezygnowana wróciłam do salonu, by odszukać choć skrawek koca. Spojrzałam na śpiącą Marsy szatańskim wzrokiem, chwytając za jej koc. Tym razem będę złą przyjaciółką.
— Nadal nie śpisz? — Usłyszałam na plecami głos Jake’a, który przyłapał mnie na gorącym uczynku. Odruchowo puściłam nakrycie przyjaciółki i odwróciłam się na pięcie.
— Ja tylko… — urwałam, spoglądając to na fotel, to na chłopaka. — Nie mogę zasnąć — dodałam, uznając, że rano z pewnością obudziłabym się z potwornym bólem karku i pleców. Jake machnął ręką, bym za nim ruszyła i wyszedł na taras. Gdy uderzył w nas rześki, poranny powiew wiatru, brat Tylera wyciągnął z paczki ostatniego papierosa i odpalił go. Zaciągał się kilka sekund, przymykając oczy, jakby sprawiało mu to wielką przyjemność, a potem wypuścił głośno dym. Oparłam się o metalową poręcz i spojrzałam na zadbany ogród, a z każdą upływającą minutą poszczególne kształty stawały się jaśniejsze i lepiej widoczne.
— Ile tak właściwie masz lat? – spytałam, nie odwracając wzroku od małego skrawka ziemi, na którym rosły róże. Ogrodnik czy ten, kto zajmował się tym podwórkiem, odwalał kawał naprawdę dobrej roboty.
— Dwadzieścia jeden — odparł bez ogródek Jake. Spojrzałam na niego wymownie.
— Nie jesteś aby za stary na zabawę z nastolatkami? — prychnęłam. Wiedziałam, że jest starszy, ale nie spodziewałam się, że aż o prawie sześć lat. Chłopak wzruszył od niechcenia ramionami i ponownie zaciągnął się papierosem.
— Przyjechałem tu do brata, a nie do was — mruknął szorstko. W odpowiedzi pokiwałam powoli głową. Miał rację. Tak naprawdę, podczas całej imprezy rozmawiał jedynie ze mną, z Tylerem, czy Kate. Nie śledziłam go, czasem po prostu za długo zawieszałam na nim wzrok.
— Masz teraz wolne? W maju? — spytałam ze zdziwieniem. Jake, słysząc moje słowa, niemal niezauważalnie drgnął. Wolną ręką ścisnął metalową poręcz i w ciszy zaciągnął się po raz kolejny.
— Tak… — odparł, wypuszczając dym z ust. — Na mojej uczelni trochę inaczej to działa. Zaczynamy wcześniej, dzięki czemu szybciej mamy przerwę wakacyjną — wyjaśnił, ale starał się dobierać najodpowiedniejsze słowa. Zupełnie jak ja, gdy kłamałam na temat kuzynki z Francji. Postanowiłam go nieco mocniej przycisnąć.
— A gdzie studiujesz? Jakiś ciekawy kierunek? — Zalałam go pytaniami. Jake głośno westchnął, przewracając oczami. Jakimś cudem zgniótł papierosa w prawie pełnej popielniczce i chwycił dwa drewniane leżaki stojące przy ścianie. Kiedy ustawił je przed poręczą, oboje usiedliśmy. Przez chwilę patrzyłam, jak leniwe światło słoneczne z trudem przedzierało się przez rozległe korony płaczących wierzb, by w końcu rzucić na nasze twarze pierwsze promienie. Uśmiechnęłam się, czując na skórze przyjemne ciepło. Nie należałam do rannych ptaszków, lecz miło było raz na jakiś czas nie przespać wschodu słońca.
— Studiuję informatykę na Uniwersytecie Gregorego XVI — powiedział po dłuższym czasie Jake. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
— Gregorego? — powtórzyłam — Nigdy nie słyszałam o tej szkole… Gdzie to dokładnie jest?
— To mała, prywatna uczelnia w Melbourne na Florydzie — wyjaśnił chłopak. — Nie wystarczy samo płacenie horrendalnego czesnego, musisz mieć naprawdę dobre wyniki, by cię przyjęli.
— To ja i tak nie mam szans się tam dostać — parsknęłam, na co Jake uśmiechnął się pod nosem. — Pewnie rzadko wpadasz w rodzinne strony, co? Floryda jest trochę daleko…
— Przyjeżdżam tylko w wakacje — odparł momentalnie, a na jego twarzy pojawił się przelotny, nieodgadniony wyraz. Lekko drgnęła mu warga, jakby chciał coś jeszcze dodać, po czym spojrzał na swoje ręce i zamyślił się. Czyżby posmutniał? Studiowanie tak daleko od domu na pewno musiało być trudne i kłopotliwe. Na chwilę obecną, nie poradziłabym sobie, nie czułam się na tyle odpowiedzialna osobą.
— Rozumiem — mruknęłam, nie wiedząc, co innego mu odpowiedzieć. — Zostajesz w Bostonie aż do września? — Chciałam jak najdłużej pociągnąć rozmowę. Nie często miałam okazję dyskutować ze studentem. Gdzie tam… Nigdy nie miałam takiej okazji.
— Raczej nie. Myślałem o powrocie do Melbourne najpóźniej w połowie czerwca. Nie mogę kazać tyle czekać moim znajomym — zaśmiał się, a jego twarz w końcu się rozjaśniła. Zanim zdążyłam się opamiętać, wypaliłam najgłupszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy.
— Masz tam dziewczynę? — spytałam i dopiero po chwili do mnie dotarło, jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Chłopak jednak nie sprawiał wrażenia oburzonego czy zakłopotanego. Wręcz przeciwnie.
— Szczerze? Nie miałem na to czasu — odparł, drapiąc się po potylicy. Zamilkł na chwilę, po czym spojrzał na mnie szatańskim wzrokiem i szturchnął łokciem w ramię. — A ty? Masz gdzieś tu swojego chłoptasia? — zapytał, odwracając się w kierunku wejścia do salonu. Tym razem to ja przewróciłam oczami i zakładając nogę na nogę, rozsiadłam się wygodniej w leżaku.
— „Chłoptaś”, który rzekomo miał stać się „moim chłoptasiem”, śpi teraz z jakąś gołą laską w pokoju gościnnym — rzuciłam, uśmiechając się pod nosem. Jake odsunął się ode mnie i zasyczał przeciągle, jakby się oparzył.
— Nieźle… — Skrzywił się. — Ale nie wyglądasz na specjalnie przejętą.
— Bo wcale się nie przejmuję — odparłam, wzruszając ramionami. — Poważnie! — dodałam, widząc, jak chłopak unosi jedną brew. — Nawet mi trochę ulżyło. — Uśmiechnęłam się na potwierdzenie własnych słów.
— Skoro tak twierdzisz… — mruknął, po czym wyjął z kieszeni telefon. Na wyświetlaczu widniała godzina szósta. — Masz ochotę na jakieś śniadanie? — spytał, unosząc się z leżaka.
— Jasne. — Podniosłam się i odstawiłam przenośne siedzisko pod ścianę. Chwilę potem obejrzałam się po raz ostatni na rozświetlony ogród i weszłam za Jake’em do domu.

Wybacz mi, że tę noc spędziliśmy osobno, Dagonie…

11 komentarzy:

  1. Hej! Nominowałam cię LBA, tutaj masz pytania: http://opowiadaniazkrainypiewotniaka.blogspot.com/2016/07/lba-x2.html
    Mam nadzieję, że odpowiesz!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, cześć i czołem!
    Jestem oceniającą na Wspólnymi Siłami i to w mojej kolejce znajduje się tam twój blog.
    Przybywam z informacją, że jego ocena pojawi się na dniach; została napisana pod moim skrzydłem przez nową oceniającą i to z jej profilu Google zostanie udostępniony wpis. Oczekuj informacji o publikacji :)

    Pozdrawiam cieplutko!
    Skoiastel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okey, dziękuję za informację. Również pozdrawiam!

      Usuń
    2. Hej, hej!

      Z tej strony właśnie owa nowicjuszka – przed chwilą opublikowałam ocenę. Mam nadzieję, że będziesz z niej zadowolona :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Zaczyna się coraz ciekawiej. Ten Jack jest jakiś dziwny, ale lubię go :D Oh Emmo nie martw się, następną noc spędzisz już z Dagonem! :D
    Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg!
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jake, ale Jack też brzmi spoko xD. Haha, dzięki za motywujące słowa :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Polubiłam Jacka chociaż jest naprawdę dziwny w niektórych momentach. Historia się fajnie rozkręca!

    http://royal-love-story.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej! Ocenka zawisła, zapraszam! http://pomackamy.blogspot.no/2016/08/0102-httpher-infinityblogspotcom.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Niewiarygodnie wciągające. Nie śpię przez Ciebie :)) a tak na poważnie, absolutnie cudowne. Uwielbiam Em/Pandore, nie lubię Marsy... nie jest dobrą przyjaciółką. Dziwię się, że Em się z nią jeszcze zadaje po akcji na wagarach.
    Czekam na kolejny rozdział i obgryzam pazurki z niecierpliwości.
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :). Przyjaźń Emmy i Marsy to taka trochę hmm z przymusu. Niech Cię nie zrazi brak nowych rozdziałów, chwilowo nie mam na nic czasu ;<. Ale żyję!

      Usuń