30 maja, 2016

Rozdział 5


— Nienawidziła go, a jednak pokochała… — westchnęłam pod nosem, mieszając poranną kawę. Jak te uczucia mogły się ze sobą łączyć? Upiłam łyk gorącego napoju i po raz setny wspomniałam obraz pięknego przyjęcia oraz Dagona. Tak bardzo zazdrościłam Pandorze – mogła uczestniczyć w balach, poznać wspaniałych ludzi, umiała walczyć i była bardzo piękna. Tworzyła historię. Przypomniawszy sobie o ulubionych zajęciach, spojrzałam na zegar ścienny. Miałam jeszcze dziesięć minut. Przed samym wyjściem włączyłam komputer i sprawdziłam elektroniczną pocztę. Niestety nie otrzymałam odpowiedzi od profesora Davida Malesa. Przez krótką chwilę poczułam zawód, ale czego ja się mogłam spodziewać? Że słynny profesor odpisze jakiejś gówniarze z Bostonu?
            W trakcie lekcji historii po raz pierwszy w życiu nie byłam skupiona. Moje myśli krążyły jak zwykle wokół niezrozumiałych snów. Próbowałam się odprężyć i słuchać słów pani Fitz, ale po kilku sekundach odpływałam. Zacisnęłam zęby ze złości i spojrzałam na zegarek w telefonie. Jeszcze pięć minut, pięć minut, powtarzałam w głowie jak mantrę. Chwilę później wyciągnęłam z plecaka mały notes z rozpisanym planem zajęć. Przez ten ciągły stres zaczęłam zapominać o wielu rzeczach.
            Z uśmiechem na ustach przypomniałam sobie, że następną miałam chemię. Lubiłam ten przedmiot i rozumiałam podstawy, choć oceny z testów wskazywały na coś zupełnie przeciwnego. Mimo to moja radość nie trwała długo, gdy uzmysłowiłam sobie, z kim chodziłam na te zajęcia. Sean. Ponownie spanikowałam i oblał mnie zimny pot. Jak powinnam się zachować? Udawać, że wczorajszy wieczór się nie wydarzył, czy na odwrót?
            Mój strach spotęgował niespodziewany dźwięk dzwonka oznajmiający przerwę. Uniosłam się powoli z krzesła i zaczęłam pakować książki. Gdy inni uczniowie, w tym Marsy, byli już na korytarzu, ja dopiero sunęłam w kierunku wyjścia.
— Emmo, zaczekaj. — Pani Fitz machnęła ręką w moim kierunku. Uradowana odwróciłam się w jej stronę. Chociaż na chwilę odwlekła moje nieuniknione starcie z konsekwencjami. — Czy książki, które ci pożyczyłam, pomogły?
— Właściwie to tak — odparłam, mówiąc niepodobnym do mnie wolnym tempem. — W jednej z nich znalazłam pewne informacje. Na ich podstawie napisałam maila do autora książki. Nadal czekam na odpowiedź — powiedziałam, uśmiechając się.
— Jeśli mogę spytać… — zaczęła niepewnie nauczycielka. — Właściwie to dlaczego interesujesz się tym tematem? — Jej pytanie wprawiło mnie w osłupienie. Odruchowo rozwarłam lekko wargi, zastanawiając się nad zadowalającą odpowiedzią. Przecież nie mogłam wyjawić, że miewałam dziwne sny i dzięki historii próbowałam je zrozumieć. To zabrzmiałoby infantylnie.
— Przyjechała do mnie kuzynka z Francji — skłamałam, nie wymyśliwszy niczego lepszego. — Interesuje się tym okresem rodzimego kraju. 
— Rozumiem. — Pani Fitz kiwnęła. — Przekaż jej, że pożyczyłam od znajomego jeszcze jedną książkę na ten temat, ale zapomniałam jej dziś ze sobą zabrać. Do kiedy zostaje twoja kuzynka?
— Jeszcze tydzień — mruknęłam, łapiąc za luźny kosmyk włosów. Nie potrafiłam zbyt dobrze kłamać.
— Po weekendzie ci ją przyniosę. — Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie. Najwyraźniej nie zauważyła mojego zakłopotania lub udawała, że go nie widziała.
— Bardzo pani dziękuję — odparłam i pożegnałam się z nauczycielką. Tym razem Marsy nie czekała na mnie na korytarzu. Mimo to byłam tak zdenerwowana następną lekcją, że prawie nie zwróciłam uwagi na brak przyjaciółki. Najwolniej jak się tylko dało, sunęłam w kierunku sali chemicznej. Konfrontacja z Seanem była nieunikniona. Podświadomie liczyłam na to, że chłopak znów poszedł na wagary, ale znając moje szczęście, nowy znajomy pewnie stał się najpilniejszym uczniem w szkole.
            Drzwi do klasy były otwarte, więc wślizgnęłam się do środka. W pomieszczeniu siedziało już kilkoro uczniów, jednak nie znalazłam wśród nich Seana. Westchnęłam z ulgą i zajęłam swoje miejsce w ostatniej ławce środkowego rzędu. Wypakowałam powoli książki, by nie zahaczyć o szklane sprzęty laboratoryjne. Po raz kolejny sprawdziłam, czy na ławce niczego nie brakuje i spojrzałam na zegarek. Odczekałam kolejne dwie minuty aż w końcu zadzwonił dzwonek. Uśmiechnęłam się do siebie, zerkając na puste miejsce obok. Lubiłam pracować sama.
            Pozostali uczniowie zajęli swoje miejsca, a drzwi, które jeden z moich kolegów zamknął kilka sekund wcześniej, głośno się otworzyły. Do sali wbiegł zziajany Sean. Na jego widok skuliłam się, próbując ukryć za szklanymi probówkami. Chłopak najpierw spojrzał na jeszcze puste biurko nauczyciela, po czym rozejrzał się po sali. Nie zobacz mnie, nie zobacz mnie, powtarzałam w myślach. Jak na złość Sean kiwnął w moim kierunku i szeroko uśmiechnął. Kiedy usiadł na wolnym miejscu obok, posłałam mu blady uśmiech.
— Hej — rzucił i nic sobie z tego nie robiąc, cmoknął mnie w policzek. Skamieniałam, czując obcy dotyk na skórze. Jego usta były szorstkie i zimne, zupełnie inne niż wczoraj. Wytrzeszczyłam oczy z niedowierzania, patrząc jak całkowicie wyluzowany chłopak rozpakowywał plecak. — Jak się czujesz? — spytał, gdy po jego stronie szerokiej ławki znalazły się najpotrzebniejsze rzeczy, w tym telefon. Zamrugałam, by się ocknąć i z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem, pokiwałam na znak dobrego samopoczucia. — Mam nadzieję, że nie masz kaca — dodał ciszej, rozglądając się czujnie dookoła i sprawdzając, czy aby na pewno nikt tego nie usłyszał.
— Nie, całkiem szybko doszłam do siebie — odparłam, próbując udawać rozluźnioną. Na szczęście nie zaczęłam się jąkać. — Cieszę się, że dotarłeś bezpiecznie do domu — mruknęłam, bo uznałam, że wypadało powiedzieć coś takiego. Chłopak parsknął, słysząc te słowa, po czym chwycił telefon.
— Daj mi na chwilę swój — powiedział, wskazując na urządzenie.
— Po co? Przecież masz własny — odpowiedziałam nieco zbyt wzburzonym głosem. Sean przewrócił oczami, lecz nie ustępował. W końcu wyciągnęłam z plecaka iPhona starszej generacji. Przyznam, że nieco się zawstydziłam. Mój towarzysz z ławki zupełnie nie zwrócił na to uwagi. Jako że nie miałam ustawionego kodu, Sean od razu zaczął coś pisać. Kilka sekund później oddał mi Starucha.
— Teraz masz mój numer, więc zawsze możesz zadzwonić i upewnić się, że bezpiecznie dotarłem do domu — rzucił, puszczając perskie oko. Ściągnęłam brwi z poirytowaniem.
— Bo zwykłe poproszenie o numer jest zbyt mainstreamowe — mruknęłam i  w tej samej chwili do sali wszedł pan White. Sean spojrzał na mnie z ukosa i wzruszył ramionami.
            Podczas przeprowadzania doświadczenia o nazwie „Termiczny rozkład wodorotlenku miedzi” nie mogłam się na niczym skupić. Wszystko wychodziło mi źle. Nawet włączenie palnika gazowego okazało się zbyt trudne. Mój nowy partner z zajęć uratował sytuację. Otworzył nawet książkę na odpowiednim temacie i wspierał nas informacjami z kartek. Nigdy nie pomyślałabym, że Sean tak się postara i ostatecznie dzięki niemu skończyliśmy z pozytywną oceną. Gdy pan White obejrzał już wszystkie, mniej lub bardziej udane doświadczenia, zasiadł za biurkiem i zadał kilka tematów do przeczytania. Dwukrotnie powtórzył, że to bardzo ważne, więc z innymi uczniami wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Szykował się sprawdzian. W końcu nauczyciel, słysząc głośny dzwonek, machnął od niechcenia ręką i zaczęliśmy się pakować. Sean skończył pierwszy, po czym szturchnął mnie łokciem w ramię. Odwróciłam się i tuż przed twarzą zobaczyłam rozpostartą dłoń. Lekko w nią klasnęłam i uśmiechnęłam się triumfalnie.
— Całkiem nieźle nam poszło. — Chłopak jakby czytał mi w myślach. Czułam się już nieco lepiej w jego towarzystwie. Nie był tym, za kogo go brałam – tępym, popularnym chłopakiem, typowym przyjacielem drugiego popularnego ucznia. Znałam go dość krótko, ale widziałam, że się starał, był miły i okazał się pomocny. Uznałam, że nie powinnam być dla niego taka oziębła.
— Gdyby nie ty, kompletnie zepsułabym to doświadczenie — parsknęłam, kierując się w stronę wyjścia.
— Aj tam, przesadzasz — odparł Sean, podążając za mną. — Ja tylko pomogłem — dodał już na korytarzu, uśmiechając się pogodnie. — To co, widzimy się na obiedzie? — Kiwnęłam potakująco i pomachałam mu na odchodne. Idąc w stronę sali matematycznej, uśmiechałam się od ucha do ucha. Przyjemnie było mieć jednego znajomego więcej. Znajomego, który być może zmieni się w kogoś bliższego.
           
*

            Lekcje ciągnęły się w nieskończoność. Kiedy w końcu zadzwonił dzwonek oznajmiający przerwę obiadową, poderwałam się z ławki i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku stołówki. Pusty żołądek dawał o sobie znać głośnym i nieprzyjemnym burczeniem, więc przyspieszyłam i z niezwykłą precyzją wymijałam innych uczniów. Gdy nareszcie wpadłam do stołówki, już prawie wszystkie stoły były zapełnione posilającymi się nastolatkami. Przeczesałam wzrokiem całe pomieszczenie w poszukiwaniu Marsy. Chwilę później odkryłam, że przyjaciółka siedziała wraz z Kate, Tylerem oraz Seanem. Cała trójka machała mi z końca sali i dzięki temu ich dostrzegłam. Uśmiechnęłam się z ulgą i stanęłam w kolejce po jedzenie.
— Poproszę zapiekankę, colę i tamtą szarlotkę — rzuciłam do kucharki, wskazując na całkiem smakowicie wyglądający deser. Kobieta nałożyła na tackę wybrane przeze mnie danie, a ja zapłaciłam i po odebraniu posiłku podeszłam do znajomych. Sean poklepał wolne miejsce i mimo wcześniejszego skrępowania, usiadłam obok kolegi.
— Zdradźcie mi — zaczęłam, a pozostali spojrzeli na mnie ze zdziwieniem — jak udało wam się tak szybko tu przyjść? Macie jakieś magiczne moce?
— Kierowała nami moc głodu — parsknął Tyler, a Kate szturchnęła go łokciem w ramię.
— Głodny facet, to zły facet — mruknęła dziewczyna, patrząc na swojego chłopaka. — Wolałam nie ryzykować — dodała, puszczając mi perskie oko. Zaśmiałam się pod nosem i zaczęłam jeść wraz z resztą.
— O której dziś kończycie? — spytała Marsy po chwili. — Może wieczorem się gdzieś wybierzemy?
— Znów mogę ogarnąć coś do picia — rzucił Sean i wgryzając się w jabłko, posłał nam porozumiewawcze spojrzenie. Zamiast mojej odpowiedzi, natrafił na zdegustowanie.
— W sumie to całkiem niezły pomysł. — Tyler od razu złapał przynętę przyjaciela, po czym wyciągnął telefon i zaczął coś na nim pisać.
— Do kogo piszesz, kotku? — spytała Kate, zaglądając Tylerowi przez ramię.
— Do starych — odparł, nie odwracając wzroku od wyświetlacza.
— Uda ci się załatwić wolny dom? — Marsy też wyglądała na podekscytowaną i pełną nadziei. Podskoczyła lekko na ławie i również spróbowała zobaczyć, co takiego pisał znajomy.
— Zobaczymy. Może namówię ich na jakąś romantyczną kolację i nocleg w hotelu. — Tyler w końcu schował telefon do kieszeni i posłał nam szatański uśmiech.
— Jeśli ta opcja nie przejdzie, zawsze możemy pić w plenerze jak wczoraj — mruknął Sean, zerkając kątem oka w moją stronę.
— No nie wiem… — zaczęłam niepewnie. — Dwa dni pod rząd?
— No dawaj, nudziaro — rzuciła Kate, łapiąc mnie delikatnie za rękę. — Dziś jest piątek!
            Może miała rację. Może faktycznie byłam nudziarą, która unikała spotkań z większą liczbą ludzi. Odkąd pamiętam zadawałam się z jedną, góra dwoma osobami. Stresowałam się i krępowałam, gdy przebywałam wśród liczniejszej grupy. Z drugiej strony, jak długo chciałam tak żyć? Przecież nie mogłam wiecznie siedzieć w domu i czekać na kolejny pogmatwany sen. To robiło się chore.
— No dobra — odparłam po chwili, a Kate klasnęła w dłonie. — To jaki mamy plan?
— Daj mi swój numer, gdy się czegoś dowiem, wyślę ci smsa — powiedział Tyler. Zagryzłam wargę nie chcąc znów wyciągać przestarzałego telefonu. Na szczęście znałam swój numer na pamięć, więc go po prostu podyktowałam.
            Gdy godzinę później siedziałam już w autobusie, jak na złość otrzymałam smsa od Tylera. Moje obawy się potwierdziły, a rodzice znajomego zaaprobowali pomysł z romantyczną kolacją. Chłopak napisał też, że mamy przyjść do niego nieco wcześniej, żeby pomóc w przygotowaniach. Wydedukowałam, że nie będziemy jedynymi gośćmi na imprezie. Na samą myśl o innych ludziach poczułam nieprzyjemne ciarki. Marsy była moją przyjaciółką, Kate, Tyler i Sean okazali się być całkiem mili i zabawni. Nigdy nie byłam na żadnej imprezie, więc wizja dzisiejszego wieczoru wywoływała we mnie strach. Mimo to zagryzłam zęby i obiecawszy sobie, że dam radę, wyszłam z autobusu. Kiedy pokonałam odległość dzielącą przystanek i mój dom, zatrzymałam się na chwilę przed masywnymi drzwiami. Wzięłam głęboki wdech i wkroczyłam do środka. Ku mojemu zdziwieniu, mama wróciła wcześniej z pracy, bowiem z kuchni dobiegały wesołe pogwizdywania i czuć było zapach pieczonego kurczaka.
— Hej, dobrze, że jesteś — krzyknęła z innego pomieszczenia, usłyszawszy odgłos zamykanych drzwi. — Akurat kończę obiad! — dodała, a ja zdjęłam ubranie wierzchne i stanęłam przed rodzicielką.
— Pomóc ci w czymś? — spytałam, lecz stół był już zastawiony. Nie zdążyłam jeszcze zgłodnieć, ale postanowiłam zjeść coś przed imprezą.
— Nie trzeba, siadaj — odparła i postawiła na stole szklaną misę z puree. Chwilę później sama zasiadła naprzeciw mnie i zaczęłyśmy jeść. — Jak było w szkole? — zagadnęła. Miała dziś wyjątkowo dobry humor.
— Całkiem dobrze. Dostałam z doświadczenia z chemii C — odparłam. Mama uniosła jedną brew.
— Jak na ciebie, to nieźle — mruknęła. Spojrzałam na nią wymownie. Kobieta tylko wzruszyła ramionami. — Twój tatuś się odezwał. Przelał mi nawet na konto zaległą część alimentów — poinformowała z sarkazmem w głosie. Więc dlatego miała taki dobry nastrój.
— To dobrze. Do mnie nie dzwonił — mruknęłam, zastanawiając się, czy było mi to obojętne, czy wręcz przeciwnie.
— Sama wiesz, jaki on jest. Ciągle w ruchu. Wyjechał do Włoszech ze swoją narzeczoną numer cztery — parsknęła mama, kręcąc z politowaniem głową. — Kiedy ten człowiek w końcu dorośnie i weźmie odpowiedzialność za swoje czyny… — Rodzicielka zagryzła zęby, patrząc z nienawiścią na kurczaka. Znów zaczynało robić się gorąco. Musiałam jak najszybciej zmienić temat.
— Idę dziś na imprezę — wypaliłam, nie wymyśliwszy niczego lepszego. Ważne, że podziałało. Kobieta uniosła głowę znad talerza i popatrzyła tak, jakbym oznajmiła, że dostanę stypendium za najlepszą średnią.
— Ty? Na… imprezę? — powtórzyła, a na jej ustach zaczął pojawiać się zadziorny uśmieszek.
— Co w tym takiego dziwnego? — burknęłam niezadowolona. Nawet własna matka mnie szufladkowała. Z drugiej strony, sama byłam sobie winna.
— Jesteś raczej typem introwertyka. Myślałam, że znów zamkniesz się w pokoju i będziesz czytać te historyczne książki.
— Dziś nie. Chciałabym wyjść do ludzi i trochę się zabawić. Masz coś przeciwko? Jeśli tak, mogę zostać w…
— Nie mam. Idź, jeśli chcesz — przerwała. — Tylko powiedz mi, z kim i gdzie?
— Z Marsy — odparłam, zastanawiając się, czy powinnam wymieniać nowych znajomych. — Idziemy do Tylera. To chłopak koleżanki — wyjaśniłam, a mama nie sprawiała wrażenia przeciwnej czy zaniepokojonej.
— Nie będę cię szpiegować, tylko zadzwoń do mnie z raz czy dwa. Zostajesz tam na noc? — Kobieta wróciła do jedzenia. Ciekawe, czy gdybym odpowiedziała, że przenocuję na przystanku, byłaby przejęta.
— Tak — mruknęłam, dziobiąc widelcem ziemniaki. Po ciuchu liczyłam, że jednak się sprzeciwi. Teraz żadna siła już nie mogła zmienić dzisiejszego wieczoru. Obiecałam im, musiałam tam, przyjść.
            O szóstej po południu byłam już pod domem Tylera. Dzięki mapie, którą chłopak wysłał mi na facebooku, mama z łatwością dojechała na miejsce. Zanim wyszłam z samochodu, rodzicielka popatrzyła z zachwytem na wielką, metalową bramę, dzielącą długi podjazd. Na środku posiadłości stał duży, modernistyczny dom z wysokimi oknami, płaskim dachem i licznymi balkonami. Mamie udało się też dostrzec oświetlany basen, a dookoła niego pięknie przystrzyżone krzewy. Na widok tego przepychu głośno westchnęła.
— Szkoda, że ten twój kolega ma dziewczynę. Mogłabym zostać jego teściową — mruknęła, kręcą głową. Ściągnęłam brwi i spojrzałam na nią jak na wariatkę.
— Przestań — jęknęłam. — To ja już lecę, dzięki za podwózkę.
— Baw się dobrze — rzuciła na odchodne i pokazała mi kciuk jakby na zachętę. Przewróciłam oczami i podeszłam do domofonu. Tyler, słysząc mój głos w słuchawce, od razu otworzył bramę i wyszedł mi na spotkanie. Zlustrował spojrzeniem mój ubiór, po czym wesoło się uśmiechnął.
— Ładnie wyglądasz — rzucił. — Zrobiłaś też coś z włosami?
— Tak, pofalowałam je — odparłam, a przed oczami stanął mi obraz Pandory i jej pięknych, delikatnych loków. Cóż, chciałam być taka, jak ona. Tyler kiwnął i poprowadził mnie przez długi podjazd. Mimo że na dworze wciąż było jasno, wewnątrz panowała już wesoła atmosfera. Pan domu poinformował, że nadal spodziewamy się kilku gości, którzy mieli wziąć ze sobą więcej alkoholu. W przestronnym, nowoczesnym salonie znajdowało się około dziesięciu osób, które rozmawiały, przechadzały się po pokoju, czy po prostu piły piwo. Usłyszawszy znajome głosy dobiegające z kuchni, ruszyłam w ich stronę. Na szczęście pomieszczenie znajdowało się po drugiej stronie korytarza i raczej ciężko byłoby je pominąć. W środku zastałam Kate, która maczała palec w jakimś jasnym sosie, Marsy, próbującą zatrzymać koleżankę, Seana oraz dwie inne dziewczyny. Te ostatnie kojarzyłam jedynie z widzenia. Chłopak na mój widok zeskoczył z blatu i zbliżył się. Znów pocałował mnie w policzek na powitanie, a ja wyczułam od niego delikatną woń alkoholu.
— Cześć wszystkim — rzuciłam. Kate oderwała się od sosu i pomachała na przywitanie. Marsy chwyciła się w pasie i z zadziornym uśmieszkiem przekrzywiła głowę w bok.
— Już myślałam, że stchórzysz — parsknęła i objęła mnie za szyję. Poklepałam ją po plecach i cmoknęłam w usta.
— Nigdy — zaśmiałam się, odsuwając od przyjaciółki. Przywitałam się jeszcze z pozostałymi dziewczynami w kuchni i poszłam do łazienki, którą chwilę wcześniej pokazał mi Tyler. W toalecie zamknęłam zamek, po czym spojrzałam na lustro. Chciałam odkręcić wodę, by zwilżyć twarz, ale przypomniałam sobie o tej całej tapecie, która była do mnie przyklejona.

— Dasz sobie radę — mruknęłam, trzymając kurczowo za umywalkę.  Napięłam mięsnie ramion i dokładniej przyjrzałam się oczom w lustrzanym odbiciu. Były moje, ale jakby obce. Od razu pomyślałam o Pandorze. Potrzebowałam jej. — Daj mi siłę — rzuciłam, w myślach błagając o wysłuchanie. Nikt jednak nie odpowiedział. Z głośnym westchnięciem wyszłam z łazienki i zacisnęłam pięści. Musiałam jakoś przetrwać ten wieczór. 

8 komentarzy:

  1. Źle wypełniony formularz zgłoszeniowy nowych rozdziałów w katalogu Kocham Czytać Blogi. Brakuje TYTUŁU BLOGA ALBO ROZDZIAŁU (no ja się nie domyślam) ORAZ LINKU!

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie dodałam nowy rozdział! Zapraszam ---> http://life-is-shit-alas.blogspot.com/2016/06/rozdzia-13-sparkles-in-eye.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Wybacz za tak długą nieobecność. Nie mam na swoje wytłumaczenie żadnego kłamstwa, po prostu pochłonął mnie leń i WoW. ;)
    Ależ jakże nieopisanie się cieszę, że wróciłam do Twojego opowiadania! Jest naprawdę mistrzowskie. Coraz bardziej zacierasz świat snów i rzeczywistość. Nasza bohaterka intensywniej myśli o Pandorze, upodabnia się do niej i chyba nieco stara się żyć stylem jej życia, czyż nie? Jednak nie wydaje mi się, by Sean stał się odpowiednikiem Dagona, on raczej pozostanie jedynie marnym konkurentem, w którym zawsze będzie czegoś brakować.
    Mam wrażenie, że w tym opowiadaniu masz dopracowany każdy szczegół. Wydaje się znakomicie przemyślane i zaplanowane. Naprawdę świetnie mi się to czyta.
    Mam nadzieję, że będziesz pisać dalej, bo aż boję się pochłonąć kolejny rozdział z myślą, że to ostatni opublikowany.
    Btw, zachwycający szablon!
    Pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Heeej, ja też ostatnio trochę odpadłam z blogosfery, ale nadal żyję :). Najlepsze jest to, że ja również zaczęłam niedawno grać w WoWa (Burning Legion). Dziękuję za miłe słowa i Twoja nieobecność całkowicie wybaczona :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, masz. Też gram na BL. Horda czy Alliance? :P
      Dziękuję Ci za okazanie łaski. :3

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Tylko Horda. Muszę Cię dodać na battlenecie ;)

      Usuń
  6. Ever wanted to get free YouTube Subscribers?
    Did you know that you can get these AUTOMATICALLY AND ABSOLUTELY FREE by registering on Like 4 Like?

    OdpowiedzUsuń