18 maja, 2016

Rozdział 4

            Gdy kąpiel dobiegła końca, udałyśmy się do sypialni, w której czekały kolejne służące. Posłałyśmy im blady uśmiech, a kiedy usłyszałyśmy odgłos zamykanych drzwi, pierwsza z nich, Marie, delikatnie zsunęła z nas biały, aksamitny ręcznik. Claudette dokładnie wysuszyła nam skórę, ze starannością wycierając każdy skrawek. Na ciele pojawiła się gęsia skórka. Podczas gdy Marie, odwróciła się, by dorzucić kilka pociętych kawałków drewna do kominka, druga służąca zaczęła pomagać nam się ubierać. Najpierw narzucono na nas jasną koszulkę, następnie wełnianą halkę, by potem zawiązać z przodu sztywny gorset. Stałyśmy niczym kukła, spoglądając na służącą, która zakładała nam niewygodny fortugał. Potem przyszedł już czas na stanik obszywany czarną koronką, błękitną suknię spodnią wykonaną z jedwabnej tkaniny, a następnie wierzchnią – czarną, z długimi rękawami sięgającymi nadgarstków, które obszyto nićmi w odcieniu złota. Gdy miałyśmy nadzieję, że to koniec, do sypialni weszła trzecia służąca, niosąc na srebrnej tacy różne grzebienie oraz szczotki. Amelie stworzyła na naszej głowie misterną fryzurę, której bałyśmy się choćby dotknąć. Nasze włosy upięła w zgrabny, lecz złożony kok, pozwalając, by kilka pasm swobodnie zwisało i zasłaniało uszy. Ostatecznie Claudette wpięła nam we włosy perły, a wisiorek zawiesiła na szyi. Na szczęście matka odpuściła nam kołnierzyk ze stelażem, którego po prostu nie znosiłyśmy.
            Gdy już byłyśmy gotowe do wyjścia, wsunęłyśmy stopy w błękitne pantofelki na średnim obcasie i zeszłyśmy na parter. Matka była już gotowa. Stała przy drzwiach ubrana w piękną, pozłacaną suknię uszytą z najdroższych materiałów. Włosy uczesała odpowiednio do swojego wieku i pozycji, mimo że nie wyglądała na więcej niż trzydzieści lat. Lekko się jej skłoniłyśmy i poczekałyśmy na aprobujące spojrzenie. Matka powoli się odwróciła, zlustrowała spojrzeniem naszą suknię i skinęła potakująco głową. Odetchnęłyśmy z ulgą.
            W powozie wymieniłyśmy tylko kilka zdań. Kobieta wiedziała, że nienawidziłyśmy przyjęć. Uważałyśmy, że wszyscy goście są zakłamani, uśmiechają się szyderczo, prawią puste komplementy, a kiedy wracają do domów, nie pozostawiają na innych suchej nitki. To oczywiste, że wolałyśmy walczyć. Podczas pojedynków każdy był prawdziwy, nawet (zwłaszcza) wróg.
            Gdy dorożka się zatrzymała, niecierpliwie czekałyśmy aż nasz woźnica otworzy drzwiczki. Czatował na sygnał pani matki, ta jednak wbijała w nas twarde spojrzenie.
— Chociaż raz, Pandoro — rzuciła nieco cieplejszym tonem. Lekko przekrzywiłyśmy głowę na bok, nie rozumiejąc jej słów. — Spróbuj się dobrze bawić i spędzić miło czas. — Westchnęłyśmy w odpowiedzi, bardziej z ulgą niż niechęcią.
— Spróbuję. — Matkę zadowoliły nasze słowa. Delikatnie się uśmiechnęła, po czym stuknęła w ściankę dorożki. Woźnica zeskoczył ze swojego siedziska i otworzył drewniane drzwiczki. Podał dłoń najpierw matce, a następnie nam i kiedy upewnił się, że nie przytrzasnął żadnej sukni, odjechał na wyznaczone dla pojazdów pole, które znajdowało się z prawej strony rezydencji. Ruszyłyśmy płynnym, pełnym powagi krokiem w stronę odźwiernego. Nigdy jeszcze nie odwiedzałyśmy pani Bellefleur. Jej posiadłość była ogromna. Pałacyk, do którego wchodziłyśmy, z zewnątrz wyglądał pięknie i bogato. Złote balustrady, cudowne okiennice i wielkie mahoniowe drzwi kusiły swoim przepychem. Wnętrze było o wiele bardziej wykwintne. Przeszłyśmy przez przedsionek, by od razu udać się do głównej sali, w której przy ścianach ustawiono małe stoliczki. Na każdy z nich położono śnieżnobiały obrus. Nieco dalej, w głębi pomieszczenia, stał długi stół, na którym leżały liczne potrawy: pieczone przepiórki w miodzie, faszerowane bażanty, wszelkiego rodzaju wędliny oraz sery, najróżniejsze owoce, krakersy, orzechy, pistacje i najznakomitsze wina. Na środku sali stali już goście, rozmawiając i popijając czerwone wino, które co chwilę dolewano. Po drugiej stronie pomieszczenia przygotowywali się muzycy. Trzech skrzypków czyściło i nastrajało swoje instrumenty.
            Próbowałyśmy ukrywać oniemienie i zdumienie, ale wbrew temu, szczegółowo przeczesywałyśmy wzrokiem każdy element pięknej sali; stroje z Mediolanu, potrawy, dekoracje. Matka zręcznie pokierowała nas w kierunku pani domu, obok której stała dziewczyna na oko w naszym wieku i jeszcze inna kobieta. Cała nasza trójka ukłoniła się im z arystokratyczną gracją, a matka i pani Bellefleur zaczęły wymieniać się uprzejmościami.
— To moja córka Pandora — przedstawiła nas rodzicielka, gdy słodkie słówka ucichły. Bellfleur spojrzała czujnym wzrokiem, a jej czerwone od szminki usta wygięły się w sztucznym uśmiechu.
— W końcu mam okazję cię poznać — powiedziała, nieco się nad nami pochylając. W odpowiedzi ponownie się skłoniłyśmy i odrzekłyśmy jakimś losowym komplementem. — Ile masz lat, dziecko? — zapytała, a ostatnie słowo wywołało u nas ciarki.
— Dwadzieścia pięć — odparłyśmy najbardziej przyjaznym tonem, na jaki nas było stać. Kobieta uniosła wysoko brwi i spojrzała kolejno na tę młodszą, a następnie starszą, jakby bezgłośnie się naśmiewała.
— I nadal nie masz męża? — Kolejne pytanie zmroziło nam krew w żyłach. Zacisnęłyśmy mocno wargi, nie chcąc powiedzieć czegoś nieprzyjemnego. Poczułyśmy, że nawet matka lekko zesztywniała. Co za patowa sytuacja.
— Ma jeszcze czas. Poza tym nadal nie znaleźliśmy dla niej odpowiedniego kandydata — odezwała się rodzicielka, nieco zbyt przepraszającym tonem. No cóż, rodzicie chcieli nam znaleźć męża czystej krwi. Kandydatów nie było zbyt wielu. Nie było ich wcale.
— Uważaj, żebyś nie została starą panną. W życiu nie ma nic przykrzejszego. — Pani Bellefleur kontynuowała swój wywód, spoglądając to na nas, to na matkę. — Moja ciotka, Beatrice, ma sześćdziesiąt lat i nigdy nie wyszła za mąż. Jak dotąd nie widziałam kogoś tak smutnego jak ona — dodała i wskazała ukradkiem palcem na kogoś siedzącego przy jednym ze stolików. Każda z nas spojrzała na nadal piękną i dostojną kobietę i choć czas już zrobił swoje, na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Ściągnęłyśmy brwi z powątpiewaniem i odwróciłyśmy wzrok. — Ale miejmy nadzieję, że ciebie nie czeka taki koniec — skwitowała i znów sztucznie się uśmiechnęła. — Poznajcie moją córkę Claire. — Młoda jasnowłosa dziewczyna lekko się skłoniła. — Ma szesnaście lat i już znalazłam jej godnego narzeczonego. — Na twarzy pani Bellefleur pojawiła się duma i samozadowolenie. Wyglądała, jakby oczekiwała oklasków i gratulacji. Od nas się ich nie doczeka. — Eugene to przyszły lekarz. W tym roku skończy studia i podejmie się pracy w szpitalu swojego ojca. Czyż to nie wspaniale?
— Rzeczywiście, to bardzo dobra partia dla twojej córki. Będzie żyć w dostatku i szczęściu — odparła dyplomatycznie matka. Spojrzałyśmy na nią z ukosa. Jak udało jej się zachować zimną krew? Była naprawdę dobra w te klocki.
— A to moja siostra Celine. — Młodsza przynajmniej o dziesięć lat od pani Bellefleur kobieta skłoniła się z gracją. Jej czujne, błękitne oczy zatrzymały się na naszej twarzy, a pod nosem wykwitł naturalny uśmiech. — W zeszłym roku owdowiała — ciągnęła z perfekcyjnie wyćwiczonym smutkiem w głosie. — Biedny Felix zmarł na zapalenie płuc. Teraz Celine mieszka z nami. Nie brak nam wolnych pokoi — dodała, jakby na usprawiedliwienie.
— To wielka tragedia — przyznała matka, dostosowując się do panującej atmosfery. Pokiwałyśmy wolno głową, choć tak naprawdę nie obchodził nas żaden Felix.
— Nie byliśmy z mężem bardzo zżyci — Celine delikatnie zasugerowała, że i ona po nim nie rozpaczała. — Mimo to zostawił po sobie pustkę — dodała, by nie wyjść na chłodną kobietę bez serca.
— Nie smućmy się w ten radosny dzień. — Zachowanie pani Bellefleur diametralnie się zmieniło. Wyprostowała plecy, rozpostarła ręce i uśmiechnęła z wyższością. — Jesteśmy na przyjęciu. Proszę, skosztujcie przepiórek, są naprawdę przepyszne. — Wyćwiczonym, powolnym gestem dłoni zachęciła nas do ruszenia w stronę stołu. Ponownie się skłoniłyśmy i by nie urazić pani domu, postanowiłyśmy spróbować kilku dań. Gdy służba nałożyła nam na pozłacane talerze udka przepiórek, usiadłyśmy przy jednym ze stolików i wyjątkowo uważnie zaczęłyśmy jeść. Uważałyśmy, aby nie ubrudzić nawet najmniejszego skrawka stroju czy twarzy. Mimo że jadłyśmy powoli, zapomniałyśmy o delektowaniu się. Matka natomiast wyglądała na bardzo rozluźnioną. Spożywanie nie sprawiało jej trudności, ani nie przysparzało stresu, przynajmniej tak uważałyśmy. Na twarz przywdziała maskę spokoju. Była taka piękna i dostojna. Swoje złote niczym kłosy pszenicy włosy upięła w wykwintny, acz luźny, kok. Nie wiedziałyśmy, ile dokładnie lat miała matka. Na pewno była dość starym i doświadczonym Obrońcą Świtu. Zawsze pozostawała opanowana, a jej osądy opierały się na wiedzy i doświadczeniu. Podziwiałyśmy ją.
— Jestem z ciebie dumna — szepnęła matka, a my niczym ocknięte ze snu, zamrugałyśmy kilkakrotnie powiekami. Na twarzy kobiety pojawił się mały, drwiący uśmieszek. — Całkiem nieźle sobie radzisz w tej jaskini lwów — zachichotała. Uniosłyśmy wysoko brwi. Nasza matka… chichotała? Chyba świat dobiegł końca.
— Dziękuję — odparłyśmy, uśmiechając się ciepło. Gdyby nie ona, z pewnością byśmy sobie nie poradziły. Matka jeszcze przez chwilę spoglądała na nas z ciepłem w oczach, a gdy odwróciła głowę, jej wzrok stał się twardy i chłodny. Skończyła swój posiłek, po czym oznajmiła, że musi z kimś porozmawiać i odeszła płynnym, kobiecym krokiem do zupełnie innego pomieszczenia. Gdy zniknęła nam z oczu, skończyłyśmy posiłek. Nim zdałyśmy sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazłyśmy, upłynęło kilka minut. Zostałyśmy same. Trwało przyjęcie, a my wciąż siedziałyśmy przy stoliku, podczas gdy inni goście rozmawiali, popijali wino i dobrze się bawili. Matka przestrzegała przed takimi momentami. Za wszelką cenę nie mogłyśmy zostać odludkami.
            Podniosłyśmy się z gracją, a kelner sprzątnął brudny talerz. Próbując ukryć narastającą panikę, rozejrzałyśmy się dookoła. Kilka stolików dalej dostrzegłyśmy samotną Celine, która popijała wino i spoglądała na gości z serdecznym uśmiechem. Westchnęłyśmy z ulgą i ruszyłyśmy w jej kierunku. Kiedy nas zauważyła, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, delikatnie mrużąc oczy. Odwzajemniłyśmy jej uśmiech i stanęłyśmy obok. Kobieta skinęła na kelnera, a ten podszedł i wręczył nam napełniony kielich.
— Co sądzisz o tym przyjęciu, panienko Pandoro? — spytała, patrząc na nas błękitnymi oczyma. Były czujne niczym u jastrzębia. Przeszywały nas na wylot.
— Uważam, że jest naprawdę wspaniałe i wykwintne — odparłyśmy głosem pełnym powagi. Celine parsknęła, słysząc te słowa. Była bardzo rozluźniona.
— Moja siostra kocha przepych — odpowiedziała, rozglądając się dookoła. — Nikt z tu obecnych nie chciałby żyć w biedzie, ale na co komu tyle żyrandoli? — westchnęła, kręcąc z dezaprobatą głową, ale na jej smukłej twarzy wciąż widniał uśmiech.
— Skoro pani Bellefleur ma tyle pieniędzy, to czemu miałaby ich nie wydawać? — rzuciłyśmy zbyt poufałe słowa, wzruszając ramionami. Chwilę później skarciłyśmy się za nie w myślach, jednak Celine nie sprawiała wrażenia urażonej.
— Mój świętej pamięci mąż miał dobre serce. Część swoich dochodów poświęcał na pomoc potrzebującym — westchnęła kobieta, błądząc wzrokiem po innych gościach. — Opłacił budowę dwóch przytułków.
— Na pewno był niesamowitym człowiekiem — powiedziałyśmy poważnym tonem i tym razem pożałowałyśmy biednego Felixa, który przegrał z chorobą.
— Tak, był. Jednak życie toczy się dalej — mruknęła i w końcu odwróciła głowę w naszą stronę. — A teraz przepraszam, obiecałam siostrze, że pomogę jej w czymś. — Puściła nam perskie oko i odeszła, delikatnie się uśmiechając. Wspaniale, znów zostałyśmy same. Po matce nie było żadnego śladu, jakby zapadła się pod ziemię. Postanowimy, że jednak spróbujemy ją odszukać. Zaczęłyśmy uważniej rozglądać się po zgromadzonych personach, jednak nie dostrzegłyśmy żadnej znajomej twarzy. Postąpiłyśmy zaledwie kilka kroków, gdy usłyszałyśmy głośne chrząknięcie, a gdy nastała cisza, pani Bellefleur zabrała głos:
— Dziękuję wszystkim bardzo serdecznie za tak liczne przybycie. — Brzmiała donośnie i stanowczo, lecz radośnie. — Przejdźmy teraz do właściwej części przyjęcia — dodała i lekko odwróciła głowę, by dać znak skrzypkom. Mężczyźni zaczęli grać skoczny, wesoły utwór. Muzyka niosła się aż na sam koniec głównej sali, a goście aż rwali się do zabawy. Mimo to pierwszy taniec należał do Claire, córki pani Bellfleur, oraz jej narzeczonego. Mężczyzna ujął dłoń przyszłej żony i obydwoje ustawili się na środku sali. Goście utworzyli dookoła nich szeroki owal, by narzeczeni mieli wystarczająco miejsca. Chwilę później pierwsza para zaczęła tańczyć allemande. Ich ruchy były dynamiczne, ale pełne gracji. Okręcali się, lecz nie spuszczali z siebie wzroku. Kiedy podskakiwali, obcasy uderzanych o posadzkę pantofli wybijały niesamowity rytm. Lniane koronki przyszyte do kołnierza Eugene’a poruszały się wraz z tańczącym. Drogie stroje z Mediolanu, które nosili narzeczeni, wirowały, porażając pięknem i krawieckim kunsztem. Patrzyłyśmy z zachwytem na bawiącą się parę, obserwując ich mimikę. Clair uśmiechała się od ucha do ucha i nie mogła odwrócić wzroku od przyszłego męża, a Eugene prowadził swoją damę tak, by ich taniec był jak najznakomitszy. Przez krótką chwilę im zazdrościłyśmy; tego tańca, niemal namacalnej miłości (a wystarczyło jedynie spojrzeć na Claire, by przyznać nam rację) i radości, jaką sprawiało przyjęcie.
            Gdy muzyka ucichła, a goście zaczęli klaskać, głośno westchnęłyśmy, odsuwając się na bok, by umożliwić pozostałym dołączenie do tańca. Skrzypkowie zaczęli grać kolejny utwór, tym razem wolniejszy, a naszym zdaniem piękniejszy. Miał w sobie o wiele więcej magii niż poprzedni. Pary powoli zaczęły ustawiać się na środku sali i gdy już miałyśmy pewność, że nikomu nie zagradzałyśmy przejścia, ktoś pochwycił nas za rękę. Pociągnięte w kierunku innych gości, ledwo zdawałyśmy sobie sprawę, co zaraz nastąpi. Umiałyśmy tańczyć, ale miałyśmy nadzieję, że trzymając się na uboczu, nie zostaniemy do tego zmuszone. Ciemnowłosy mężczyzna w końcu się zatrzymał i odwrócił.
— Nie… — szepnęłyśmy. Nasz partner uśmiechnął się pod nosem. Zajęłyśmy swoje miejsce i pod naciskiem pozostałych w końcu zaczęłyśmy tańczyć. Menuet nie był skomplikowany, ale przerażenie sprawiło, że kilka razy pomyliłyśmy kroki. Zamiast ukłonu, podawałyśmy rękę i na odwrót. Z czasem jednak uspokoiłyśmy się, wzięłyśmy kilka głębokich wdechów i dałyśmy ponieść muzyce. Gdy kobiety, w tym my, puszczały partnerów, by odejść na prawo i tam wykonać swoje kroki, nie przestawałyśmy patrzeć na mężczyznę, który nas tu zaciągnął. On również przyglądał się nam nieodgadnionym wzrokiem. Kiedy nasze dłonie ponownie się spotkały, spojrzałyśmy na mężczyznę z furią.
— Co ty tu robisz? — syknęłyśmy głosem pełnym gniewu. Dagon jedynie lekko się uśmiechnął. — Nie wystarczy ci, że przetrzymywałeś mnie w swoim domu?
— Nie przybyłem tu dla ciebie — mruknął, wzruszając ramionami.
— W takim razie, po co? — Nieco się uspokoiłyśmy, lecz nie byłyśmy pewne, jak mamy się zachować.
— Twoja matka spotyka się tu dziś ze swoim rzekomym informatorem — wyjaśnił. Zupełnie nie przejmował się tym, że zdradził nam taką informację. Najwyraźniej nie obawiał się, co możemy zrobić z tą wiedzą.
— Nawet się do niej nie zbliżaj — odparłyśmy, próbując mówić jak najciszej.
— Nie mam zamiaru — żachnął się. — Muszę tylko sprawdzić czy wszystko przebiega po mojej myśli
            Oblał nas zimny pot. Dopiero po chwili pojęłyśmy znaczenie słowa „rzekomy”. Informator naszej matki był podstawiony. Co powinnyśmy zrobić? Odszukać ją i zabić nieznajomego? A może udawać, że nic się nie stało i dopiero w domu wyjawić prawdę? Wtedy matka zapyta, skąd o tym wiemy. Byłyśmy w potrzasku. Jeśli powiemy o demonie, pobycie w jego domu i niesamowitym ratunku, to jak wtedy zareaguje rodzicielka?
Dagon od razu zauważył zmianę na naszej twarzy. Ścisnął mocniej dłoń, jakby sprawdzał czy odpłynęłyśmy.
            Utwór w końcu dobiegł końca. Jedni zostali na środku, by tańczyć dalej, drudzy schodzili z parkietu, a jeszcze inni dołączali do zabawy. My z Dagonem odeszliśmy na bok. Mężczyzna wciąż trzymał naszą dłoń, lecz po chwili się wyrwałyśmy.
— I co z tym zrobisz, Pandoro? — zapytał, jednak odniosłyśmy wrażenie, że i tak było mu wszystko jedno.
— Nie wiem — odparłyśmy szczerze. Dagon westchnął ze zniecierpliwienia.
— Widziałem twoją matkę i mojego szpiega. Odbyli już krótką rozmowę i rozeszli się w swoje strony.
— W takim razie gdzie ona jest? — zapytałyśmy podniesionym głosem. – Jeśli jej coś zrobiłeś…
— A skąd ja mam to wiedzieć? — przerwał. — Nie urodziłem się po to, by niańczyć twoją rodzinę.
            Nawet jeśli mówił prawdę, w ogóle mu nie ufałyśmy. Mimo swojej przystojnej buźki, miał mroczną duszę. W końcu był demonem.
— Posłuchaj — dodał o wiele spokojniej. — Nie miałem zamiaru was skrzywdzić. Chciałem po prostu sprawdzić, czy rozmowa się odbyła, i czy Obrońcy Świtu nie odkryją miejsca, w którym produkujemy broń.
— A co, jeśli wyjawię, że zostaliśmy oszukani? — mruknęłyśmy, chcąc sprawdzić reakcję demona. On tylko ponownie wzruszył ramionami.
— To już twoja sprawa, choć szczerze liczę na to, że jednak tego nie zrobisz — odparł, a ostatnie słowa wypowiedział ciszej, pochylając się i szepcząc nam na ucho. Nie odsunęłyśmy się. Jego usta tak blisko naszej twarzy sprawiły, że zupełnie skamieniałyśmy. Gdy Dagon się wyprostował, posłał nam nieodgadniony uśmiech i ruszył w kierunku głównego wyjścia. Stałyśmy bez ruchu jeszcze kilka sekund, aż wreszcie z głuchym świstem wypuściłyśmy powietrze z płuc. Dlaczego nie mogłyśmy się ruszyć, odezwać, zrobić czegokolwiek? Ten obrzydliwy demon na pewno użył jakiejś niehonorowej sztuczki czy zaklęcia. Próbowałyśmy sobie wmówić, że to prawda, lecz rzeczywistość była zupełnie inna. Fascynował nas i odrzucał jednocześnie. Chciałyśmy go bliżej poznać, ale i trzymać się z daleka. Irytacja rosła z każdą chwilą.  Nasze zachowanie było karygodne, a niechciane myśli zaprzeczały wszystkiego, w co wierzyłyśmy. Więc dlaczego…?

            Zauważyłyśmy matkę i odetchnęłyśmy z ulgą. Szła w naszą stronę powoli i z gracją. Gdy dostrzegłyśmy na jej twarzy przyjazny uśmiech, obraz kobiety zaczął się rozmywać. W głowie huczały nam zdeformowane śmiechy, rozmowy i muzyka. Goście i ich barwne stroje zlali się w jedną całość, tworząc nieprzyjemną dla oka mieszkankę. Wszystko to powoli bledło i znikało. Siłą wyrwana z ciała Pandory ujrzałam ciemność i ostatni raz zatęskniłam za widokiem pięknego przyjęcia, szykownych ubrań i Dagona. 

3 komentarze:

  1. Fantastyczny rozdział. Uwielbiam czytać takie historyczne fantasy. Twoje jest umieszczone w umiłowanym przeze mnie, choć słabo znanym okresie. Jednak po Twojej narracji wnioskuję, że albo dobrze go znasz, albo masz za sobą porządny research. ;) Ja jednak jestem pod wrażeniem, bal i ogólne zachowania, a nawet dialogi, idealnie odwzorowują epokę.
    Ach, ten Dagon, co mu w głowie siedzi, do czego dąży? Byłam niemal pewna, że jego postać pojawi się na balu i zaczaruje naszą Pandorę, jednak mimo to, gdy porwał ją do tańca, na mojej twarzy wykwitł delikatny uśmiech. Lubię tą postać. Jest intrygujący, tajemniczy i wszystkie inne epitety, których użyłam już ostatnio.
    Miałam napisać coś jeszcze, ale oczywiście zapomniałam w trakcie czytania.
    Bardzo podoba mi się ta historia. Domyślam się, że teraz wracamy ponownie do "teraźniejszości". Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Kiedy już zaczynam czytać, wciągam się i ubolewam nad brakiem kolejnych części. ;)
    Życzę Ci powodzenia w pisaniu, mam nadzieję, że wkrótce coś dodasz.
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, bardzo Ci dziękuje za tak mega motywujące słowa! Dodam nowy rozdział zapewne jutro, dopiero wróciłam z kajaków i byłam trochę odcięta od świata ;P. Super, że podobała Ci się scena walki, bałam się u niej braku realizmu. Ja osobiście nie ogarniam historii, mylę wszelkie wydarzenia, nie kojarzę epok, wiec musiałam zrobić wielki reaserch, skoro moja bohaterka tak lubi ten przedmiot :D. I tak, zgadlas, w kolejnym rozdziale będzie teraźniejszość :).

      Usuń
    2. Najwidoczniej zatem masz wrodzony talent i wspaniałą wyobraźnię, skoro napisanie sceny walki tak świetnie Ci poszło. ;)

      Usuń