05 maja, 2016

Rozdział 3

            Kiedy otworzyłyśmy oczy, nieco się skrzywiłyśmy. Promienie słoneczne wpadały spomiędzy grubych zasłon, oświetlając nam twarz. Uniosłyśmy się do pozycji siedzącej, po czym delikatnie odchyliłyśmy opatrunek. Rana całkowicie się zagoiła, na co westchnęłyśmy z ulgą. Ceniłyśmy to, że ciało tak szybko się regenerowało. Czułyśmy się wypoczęte i zrelaksowane. Mimo to nie zapomniałyśmy, że przetrzymywał nas ten dziwny demon. Nie znałyśmy jego intencji, mógł zażądać za nas okupu, a jeśli był odważniejszy, to nawet zabić.
            Wstałyśmy z łóżka, zrzuciłyśmy z siebie szorstką koszulę nocną i przywdziałyśmy poprzedni strój. Niestety w wielu miejscach miał rozdarcia, przez co wystawała nasza skóra, i był pobrudzony krwią. Odnalazłyśmy bronie, które, jakże błyskotliwie ukryto w szafie, a potem najciszej jak się tylko dało, uchyliłyśmy grube, drewniane drzwi. Jak na złość, głośno zaskrzypiały. Zaklęłyśmy siarczyście pod nosem, powoli wysuwając się na wąski, ciemny korytarz. Stąpałyśmy na palcach, kierując się, jak przypuszczałyśmy, w kierunku wyjścia. Nagle rozległo się kolejne skrzypienie, a tuż za naszymi plecami poczułyśmy czyjąś obecność. Odwróciłyśmy się zamaszystym ruchem, wyciągając sztylet z pochwy i mierząc nim w przeciwnika. Dagon parsknął na ten widok.
            — To tak witasz swojego wybawcę? — zapytał z perfidnym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Chciałyśmy coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły nam w gardle. Dagon dłużej nie czekał na jakąkolwiek reakcję. Zmrużył oczy niczym dziki zwierz i błyskawicznym ruchem chwycił nas za nadgarstek. Ścisnął go tak mocno, że broń wypadła nam z ręki, a kiedy chciałyśmy wykonać obrót i uwolnić się z uścisku mężczyzny, ten pchnął nas na ścianę. Przyszpilił nam obie ręce nad głową, po czym zbliżył twarz do naszego policzka.
            — Naprawdę zamierzałaś zaatakować mnie w moim własnym domu? — szepnął nam do ucha. Próbowałyśmy się wyszarpnąć ze stalowego uchwytu, jednak nie przyniosło to zamierzonego efektu, a jedynie wyglądałyśmy niczym wijąca się kijanka.
            — Naprawdę byłeś na tyle głupi, by zabrać mnie do własnego domu? — odpowiedziałyśmy z poirytowaniem w głosie. Dagon znów parsknął. Wciąż nie odsunął się ani o milimetr. Jego silne, umięśnione ciało przyciskało nas na tyle mocno, że nie mogłyśmy się oswobodzić, ale tak, by nie sprawiać bólu.
            — Nie sądziłem, że jesteś aż tak pyskata — mruknął i głośno powąchał nasze włosy. Wzdrygnęłyśmy się na dźwięk jego oddechu.
            — Po co to przedstawienie? Chcesz się pobawić? A może po prostu lubisz czuć dotyk kobiecych piersi? — warknęłyśmy, nie kryjąc gniewu. Dagon odsunął się nieco i spojrzał ze zdziwieniem.
            — Nie zaprzeczę. — Uniósł wysoko brwi i powoli zaczął nas puszczać. Kiedy w końcu byłyśmy wolne, zaczęłyśmy pocierać obolałe nadgarstki, nie przestając patrzeć na demona nienawistnym spojrzeniem.
            — Czego chcesz? — syknęłyśmy z odrazą w głosie. — To ma być jakaś gra?
            — W jadalni na parterze zastawiono stół do śniadania. Jeśli masz ochotę, możesz do mnie dołączyć — mruknął, ignorując poprzednie pytania, i nawet na nas nie patrząc, ruszył w stronę – jak przypuszczałyśmy – schodów. Przez jakiś czas stałyśmy niczym zaklęte, patrząc na oddalające się plecy Dagona. Kiedy czar prysł, zacisnęłyśmy pięści ze złości, przeklinając szeptem tego obrzydliwego demona. W końcu jednak rozległo się głośne burczenie w brzuchu i duma dała za wygraną. Niepewnym krokiem ruszyłyśmy korytarzem w kierunku schodów. Z każdym stopniem prowadzącym na parter czułyśmy narastający niepokój, ale również i gniew. Żółwim tempem zeszłyśmy na sam dół, zatrzymując się przy ostatnim schodku. Dagon nawet na nas nie spojrzał. Przeglądał jakieś papiery i pił napój z metalowego kielicha. Czując się ignorowane, zadarłyśmy głowę do góry i z gracją podeszłyśmy do stołu. Zajęłyśmy miejsce naprzeciw demona, bacznie go przy tym obserwując. Dagon wciąż nie przejmował się naszą obecnością, więc zaczęłyśmy dyskretnie rozglądać się po pomieszczeniu. Z wysokiego sufitu zwisał złoty żyrandol z ośmioma —miejscami na świeczki. Każdą ze ścian zdobiły portrety oprawione w wytworne ramy. Nieopodal schodów stała duża gablota wykonana z wypolerowanego drewna, a wewnątrz niej gustowne talerze i puchary. Długi stół mógł pomieścić dziesięć osób. Okryto go śnieżnobiałym obrusem i postawiono dwa lichtarze. Na środku stołu leżało kilka potraw podanych na srebrnych tacach. Nasz żołądek ponownie dał o sobie znać, więc nałożyłyśmy na talerz dwie kromki chleba, nieco ricotty i kilka herbatników. Kiedy zaczęłyśmy rozglądać się za napojem, podeszła służąca i nalała do kielicha czerwone wino.
            — Spróbuj przepiórek, są przepyszne — mruknął Dagon, nadal nie odrywając wzroku od kartek z zapiskami. Nic nie odpowiedziałyśmy. Zaczęłyśmy jeść powoli i niepewnie, nie wiedząc, czego się spodziewać. Trucizna była raczej wyjątkowo słabym i niehonorowym sposobem na zabójstwo, ale kto wie, co mogło nam się przydarzyć. Bardzo dokładnie przeżuwałyśmy każdy kęs, spoglądając ukradkiem na zamyśloną twarz demona. Jego długie palce zaciskały się kurczowo na kartkach, jakby te miały gdzieś zaraz odlecieć. Lewą ręką podtrzymywał podbródek, zasłaniając przy tym usta. Może gdybyśmy teraz go zaatakowały, udałoby nam się go jakoś obezwładnić i uciec? Nie... Był od nas o wiele silniejszy. Jedynym pomysłem, jaki wydawał się sensowny, było uczestniczenie w grze Dagona. Wciąż nie wiedziałyśmy, czego chciał. Na razie musiałyśmy zgadzać się na jego zasady, a kiedy przyjdzie dogodniejszy moment, zaatakować. Uznałyśmy, że najlepiej będzie zdobyć jego zaufanie. To raczej nie powinno być trudne, skoro miał do nas pewnego rodzaju słabość. Musiałyśmy to jedynie wykorzystać.
            — Co tam czytasz? — zapytałyśmy spokojnym, odmienionym głosem, posyłając mu serdeczny uśmiech. Dagon na chwilę na nas spojrzał, po czym powrócił do czytania.
            — Niech się twoja śliczna główka o to nie martwi — mruknął. Zacisnęłyśmy pod stołem pięści ze złości. Ale on nas irytował! Odczekałyśmy kilka sekund, wzięłyśmy głęboki wdech i upiłyśmy łyk wina.
            — Kiedy mnie stąd wypuścisz? — zapytałyśmy zbyt emocjonalnym tonem. Tym razem demon odłożył kartki na stół i odjął rękę od twarzy. Na jego ustach widniał parszywy uśmieszek.
            — Przecież nikt cię nie trzyma. Widzisz gdzieś jakieś łańcuchy? — parsknął, rozglądając się teatralnie dookoła. To było niemożliwe, żeby ot tak pozwolił nam odejść. Wyprostowałyśmy palce dłoni i spuściłyśmy wzrok. Westchnęłyśmy na tyle głośno, by demon to usłyszał, po czym znów napiłyśmy się wina. — Ile liczysz sobie wiosen, Pandoro? — zapytał przyjaźniejszym tonem.
            — Dwadzieścia pięć — odparłyśmy bez zastanowienia, nie podnosząc wzroku. Dagon mruknął coś do siebie pod nosem.
            — Jesteś taka młoda – rzucił. — Po co marnujesz swój talent w szeregach Arthura? — zapytał, podnosząc nam ciśnienie. Nie mogłyśmy dłużej wytrzymać tej zniewagi. Chwyciłyśmy nóż i rzuciłyśmy nim w demona. Gdyby nie złapał go w ostatniej chwili, broń tkwiłaby teraz w jego sercu. — Myślałem, że stać cię na więcej... — szepnął z dezaprobatą. Zanim zdążyłyśmy wymyślić coś lepszego, mężczyzna w błyskawicznym tempie skoczył na stół i pobiegł po nim prosto do nas. Z miną pełną trwogi przyjęłyśmy kopniaka w klatkę piersiową. Wraz z eleganckim krzesłem runęłyśmy na ziemię. Cios pozbawił nas oddechu, nie pomagały również silne dłonie zaciskające się na naszej szyi. Dagon usiadł nam okrakiem na brzuchu i z rozkoszą w oczach cieszył się z triumfu. Wbijałyśmy mu paznokcie w dłonie, mając nadzieję, że to jakoś pomoże, jednak wydawałoby się, że demon nie odczuwał bólu. Mężczyzna parsknął, widząc, z jaką trudnością przychodziło nam oddychanie. Zważając na tę radość, dusił nas jeszcze mocniej, a jego oczy przybrały karmazynową barwę. Po szybkim przeanalizowaniu sytuacji, jakimś cudem udało nam się sięgnąć po sztylet umocowany do prawej nogi. Szybkim ruchem wbiłyśmy broń w udo Dagona. Na szczęście poskutkowało. Demon odskoczył od nas niczym oparzony i z głośnym syknięciem wyciągnął z ciała sztylet. Patrzył na niego przez chwilę, po czym odrzucił go od siebie, jakby ta broń była skażona. Potem spoglądał na nas, czekając aż podniesiemy się z ziemi, i wzruszył od niechcenia ramionami.
            — To było godne podziwu — powiedział, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. — Gotowa na drugą rundę? — zapytał, a my zacisnęłyśmy pięści w oznace gotowości i wzięłyśmy głęboki oddech. Dagon jednak nas zaskoczył. Wyciągnął przed siebie rękę i lekko zgiął palce. Patrzyłyśmy na niego w obawie przed tym, co może uczynić. Chwilę później w jego prawej dłoni zaczął materializować się długi, szeroki miecz. Wytrzeszczyłyśmy oczy ze zdumienia. Jak to było możliwe? Co to za szatańska sztuczka? — Należę do szlachty, moja droga — mruknął, widząc naszą przerażoną minę. — Znajduję się bardzo blisko samego króla, więc znam takie zaklęcia. — Uniósł jedną brew z wyższością, patrząc wyczekującą na nasz miecz, zwisający w pochwie przy lewym udzie. Co za szczęście, że zabrałyśmy go ze sobą z pokoju! — Na co czekasz?
            — Byłoby szkoda zniszczyć taką piękną jadalnię — rzuciłyśmy z sarkazmem. Dagon parsknął na dźwięk tych słów, po czym machnął z ignorancją ręką.
            — Mam dużo pieniędzy — mruknął i ruszył w naszą stronę. Chwycił miecz obiema dłońmi i uniósł go ponad głowę. W ostatniej chwili wyciągnęłyśmy własną broń i zasłoniłyśmy się przed śmiercionośnym atakiem. Po pomieszczeniu rozszedł się nieprzyjemny dla ucha zgrzyt. Dagon patrzył na nas szeroko otwartymi oczami, a na jego ustach widniał lekki uśmiech. Wykorzystując nieuwagę przeciwnika, kopnęłyśmy go w brzuch, a gdy ten znalazł się na ziemi, podbiegłyśmy do niego. Chwyciłyśmy rękojeść tak, by jak najmocniej wbić ostrze w serce. Jeśli się uda, ten demon umrze i to tak ostatecznie, bez możliwości odrodzenia. On jednak był szybszy. Przeturlał się po ziemi, przez co zamiast w ciało, trafiłyśmy w podłogę. Nie zwracając uwagi na nasz błąd, podciął nam nogi, przez co ponownie runęłyśmy na ziemię. Znów straciłyśmy broń. Przeklęłyśmy się za to w myślach, ale było już za późno. Dagon podniósł się z ziemi, porzucając własny miecz, i po raz kolejny na nas usiadł. Tym razem obyło się bez duszenia. Przycisnął nasze dłonie do posadzki, obserwując, jak się szamotałyśmy. Doprowadzał nas do szaleństwa!
            — Wypuść mnie! — syknęłyśmy, zaciskając zęby ze złości. Demon westchnął wyraźnie znudzony tymi słowami.
            — Zachowujesz się karygodnie — skarcił nas. Kto dał mu czelność, by tak mówić?!
            — Próbowałeś mnie udusić! — wygarnęłyśmy mu, nie spuszczając z niego wściekłego wzroku.
            — Pragnę ci przypomnieć, że ty pierwsza rzuciłaś we mnie nożem w bardzo konkretnym celu. Potem chciałaś przebić moje serce mieczem. Postaraj się to skalkulować i pomyśl, kto miał tu jakiekolwiek prawa, by tak się zachować. — Te słowa były niczym kubeł zimnej wody wylany na głowę. On miał rację, to my zachowałyśmy się jak dzikuski. — Do tego wszystkiego należy dodać, że uratowałem ci życie, zabijając pobratymca.
            Przestałyśmy się wyrywać, a wściekłość momentalnie ustąpiła poczuciu winy. Nawet jeśli Dagon prowadził jakąś grę, to nas ciągle ponosiły emocje. Gdyby chciał, już dawno mógłby nas zabić. Przecież był o wiele silniejszy. Kiedy na niego spojrzałyśmy, w jego oczach kryło się politowanie. To przyprawiło nas o wyrzuty sumienia.
            — Przepraszam — szepnęłyśmy. Demon pokręcił z niesmakiem głową, po czym wstał. Rozejrzał się po pomieszczeniu i znów głośno westchnął.
            — Gdybym przetrzymał cię tu jeszcze kilka dni, zniszczyłabyś mi cały dom — rzucił. — Tam jest wyjście, możesz już odejść — dodał, wskazując na framugę prowadzącą do kolejnego pokoju. Nawet na nas nie patrząc, ruszył w kierunku schodów.
            — Czekaj! — krzyknęłyśmy za nim, jednak demon już był na trzecim stopniu i nie zamierzał się zatrzymać. Z nieznanych powodów, po policzkach poleciały nam łzy. Jadalnia była kompletnie zmasakrowana. Wszędzie walały się kawałki jedzenia, potłuczona porcelana i zniszczone części mebli. Nie chciałyśmy dłużej na to patrzeć. Podniosłyśmy nasze bronie, schowałyśmy je do pochw i ruszyłyśmy w kierunku wyjścia. Gdy byłyśmy już w przedsionku i trzymałyśmy dłoń na klamce, coś zakuło nas w sercu. Dwukrotnie próbowałyśmy zabić Dagona, zniszczyłyśmy mu jadalnię, a do tego chciałyśmy odejść bez słowa. Nie byłyśmy takie... Nie zachowywałyśmy się jak barbarzyńcy. Mimo tych przekonań, nasze czyny świadczyły o czymś przeciwnym. Jak jutro spojrzymy na siebie w lustro? Dagon był demonem, ale różnił się od innych. Który z nich uratowałby życie Obrońcy Świtu? Co za szkoda, że nie urodził się po właściwej stronie... Te słowa przyprawił nas o mdłości. A która strona była właściwa? Może to my urodziłyśmy się nie po tej, co trzeba...
            Zamaszystym ruchem odwróciłyśmy się od drzwi, po czym zaczęłyśmy biec. Przeskakiwałyśmy po dwa schodki, by jak najszybciej znaleźć się na piętrze. Na długim korytarzu znajdowało się prawie dziesięć drzwi. Zaczęłyśmy wszystkie po kolei otwierać, ale większość pokoi była pusta. Dopiero w przedostatnim pomieszczeniu zastałyśmy Dagona siedzącego za ciemnym, drewnianym biurkiem. Zdziwił się, gdy zdyszane wbiegłyśmy do jego gabinetu. Odłożył jakieś kartki na blat i spojrzał na nas nieco osłupiały.
            — Co tu robisz? Po co wróciłaś? — spytał, a na twarz wstąpiła kamienna maska.
            — Nie odejdę, dopóki ze mną ze porozmawiasz — rzuciłyśmy, zaciskając pięści.
            — Znów zamierzasz zachowywać się jak dziecko? — mruknął, a jego słowa ociekały jadem.
            — Nie i właśnie dlatego wróciłam. — Ta odpowiedź go zdumiała. Rozsiadł się wygodniej na krześle i wskazał nam dłonią stojący nieopodal fotel. Gdy na nim spoczęłyśmy, zadałyśmy pytania. —  Po co było to wszystko? Dlaczego naprawdę mnie uratowałeś?
            — Już mówiłem. Nie mogłem pozwolić ci umrzeć po tym, jak dostrzegłem ogień w twoich oczach. Szkoda byłoby zmarnować taki potencjał. — Jego słowa były ostre, a ton lodowaty.
            — Chciałeś przeciągnąć mnie na swoją stronę?
            — Nie. Po prostu jestem fascynatem silnej woli walki. Dlatego postanowiłem cię bliżej poznać. Sprawdzić, czy miałem rację.
            — I miałeś? — wymsknęło nam się.
            — Z reguły rzadko się mylę — odparł, zakładając sobie nogę na nogę. Uznałyśmy to jako potwierdzenie.
            — Myliłam się co do ciebie — mruknęłyśmy, spuszczając głowę. — Widzisz, nigdy nie poznałam żadnego demona. Całe życie je tylko zabijałam.
            — Nie wszyscy są tak wyrozumiali jak ja – rzucił. — Zrozum jedno. Mam duże poszanowanie dla jakiegokolwiek istnienia. Mimo swojej reputacji, zabijam, kiedy naprawdę muszę. A ty? — Wytrzeszczyłyśmy oczy z niedowierzania i zaniemówiłyśmy. Dlaczego właściwie zabijałyśmy? Bo tak trzeba? Bo tak nam kazano? Bo toczymy wojnę? Nigdy się nad tym nie zastanawiałyśmy. Od dziecka wykonywałyśmy polecenia. Kiedy miałyśmy zaledwie pięć lat, zwerbowano nas do Obrońców Świtu, ale prawdziwa moc ujawniła się, gdy skończyłyśmy dwadzieścia wiosen. To właśnie wtedy przestałyśmy się starzeć, ciało osiągnęło zdolność całkowitej regeneracji, a na skórze w miejscu serca pojawiła się blizna w kształcie słońca. Był to bolesny proces, ale przyjęłyśmy to z dumą. Zarówno nasza matka jak i ojciec byli Obrońcami Świtu, dzięki czemu urodziłyśmy się czystej krwi i ze stuprocentową pewnością, że również odziedziczymy ten dar. Rodzice starali się o nas ponad sto pięćdziesiąt lat. Kobiety demony i Obrończynie są płodne jedynie raz na około dwieście lat, więc byłyśmy niczym cud zesłany przez jakieś bóstwo.
— Zawsze zabijam — odparłyśmy chłodnym tonem, wstydząc się unieść głowę. Dagon spojrzał na nas nieprzeniknionym wzrokiem. Na chwilę spiął mięśnie ramion, a potem głośno westchnął i machnął od niechcenia ręką.
— Przed kamienicą stoi kareta, a w niej mój stangret, czekający na sygnał. Powiedz mu, żeby zawiózł cię do domu – mruknął, odwracając od nas oczy. Znów spoglądał na pożółkłe kartki leżące na biurku.
— Skąd mam wiedzieć, jak daleko mnie wywiozłeś? — zapytałyśmy oburzonym tonem. — Mogę być nawet pięćdziesiąt mili od miejsca zamieszkania!
— Spokojnie, mieszkam w samym Paryżu. Gdy spałaś, nieco się o tobie dowiedziałem. — Był widocznie bardzo niezadowolony z dalszej konwersacji, chciał ją jak najszybciej zakończyć. Mimo gniewu, odczułyśmy ukłucie strachu. Jak dużo o nas wiedział? Czy odkrył, kim byłyśmy w społeczności Obrońców Świtu? Mieszkałyśmy tylko z matką, więc jej tożsamość mogła nie być już tajemnicą. Na szczęście ojciec całkiem nieźle się maskował. A co, jeśli to też zostało ujawnione?
            Strach ścisnął nam gardło, więc wyszłyśmy z gabinetu bez słowa. Niczym bezduszny manekin zeszłyśmy po schodach i udałyśmy się w kierunku przedsionka. Tym razem nie miałyśmy problemu z pociągnięciem za klamkę. Niemal po chwili uderzyło w nas jaśniejsze niż zwykle światło słoneczne. Nie zdążyłyśmy dostatecznie przystosować oczu do tego widoku. Mimo to szybko odszukałyśmy ową dorożkę, w którą zaprzężono dwa kare ogiery i jakby to była najzwyklejsza czynność na świecie, bez obaw weszłyśmy do środka. Jak już się domyślałyśmy, woźnica znał adres naszego domu, bo ruszył bez słowa. Wyglądałyśmy przez okno, próbując zapamiętać jak najwięcej detali. Dagon nie kłamał. Mieszkał w samym centrum Paryża na Rue Mouffetard. Płynny kłus koni i jazda po wyboistej ulicy sprawiały, że lekko podskakiwałyśmy na oprawionym w czerwony aksamit siedzeniu. Dorożka, jak i mieszkanie Dagona, były bardzo bogato wystrojone. Wewnątrz pojazdu panował przepych, a wszelkie wykończenia ze złota błyszczały w świetle popołudniowych promieni słonecznych. Wszelkie bogactwo nie było nam obce, lecz mienie, które należało do demona, opływało w drogocenne kamienie, złoto i najwykwintniejsze tkaniny. Nawet woźnica ubrany był niczym majętny kupiec. Dagon mówił prawdę – z pewnością należał do szlachty.
            Jeszcze przez pół godziny analizowałyśmy pozycję demona oraz drogę do domu, aż wreszcie dorożka zatrzymała się przed kamienicą należącą do naszych rodziców. Woźnica otworzył nam drzwiczki, a kiedy wyszłyśmy z pojazdu, lekko się skłoniłyśmy i ruszyłyśmy w stronę marmurowych schodów. Za plecami usłyszałyśmy odgłos smagnięcia batem, rżenie koni i ostatecznie niespokojne uderzenia kopyt o kocie łby. Kiedy dźwięk pędzących zwierząt ucichł, podeszłyśmy do drzwi. Zastukałyśmy kołatką, czekając na odźwiernego, który chwilę później  otworzył drzwi i nisko się ukłonił. Posłałyśmy mu blady uśmiech, ignorując sposób, w jaki patrzył na nasze podarte, zakrwawione ubrania. Chciałyśmy udać się na piętro, by przebrać się w coś bardziej odpowiadającemu młodej damie, lecz na nasze nieszczęście wpadłyśmy prosto na matkę. Zmierzyła nas nieprzychylnym spojrzeniem, mrużąc groźnie oczy.
— Skoro wróciłaś, rozumiem, że wykonałaś misję — bąknęła, udając się po filiżankę herbaty, którą odstawiła na stoliku w pokoju gościnnym.
— Tak, matko — rzuciłyśmy oschłym tonem, a kobieta odwróciła się plecami, sięgnęła po wczorajszą gazetę i rozsiadła się wygodnie w fotelu. Stałyśmy tak jeszcze przez chwilę, dopóki nie upewniłyśmy się, że rodzicielka nie powie nic więcej, po czym ruszyłyśmy schodami na wyższe piętro. Ku naszemu zdziwieniu, w sypialni zastałyśmy dwie czarnoskóre służące, które przygotowywały suknię, biżuterię i kosmetyki. Dopiero wtedy przypomniałyśmy sobie o przycięciu u pani Bellefleur, na które wraz z matką zostałyśmy zaproszone. Wysyczałyśmy pod nosem wiązankę przekleństw, po czym poczekałyśmy na zagrzanie wody i pozwoliłyśmy, by służące dokładnie umyły nam ciało. W naszym sercu pojawiło się ukłucie strachu. Wystawne przyjęcia były o wiele bardziej przerażające niż walka z wrogiem. 

4 komentarze:

  1. "z ośmioma —miejscami na świeczki." - ta półpauza jest zbędna.

    "a wszelkie wykończenia ze złota błyszczały w świetle popołudniowych promieni słonecznych. Wszelkie" - tutaj powtórzyłaś dość blisko "wszelkie".

    Czy pisałam już, jak podoba mi się sposób, w jaki podzieliłaś sobie narrację? To bardzo pomysłowe, przynajmniej czytelnik od razu wie, czy ma do czynienia z narracją z czasów współczesnych, czy ze snami bohaterki. Ponadto sposób narracji snów też jest wyjątkowy. Nigdy nie spotkałam się z pisaniem w liczbie mnogiej, nawet jeśli - jak u Ciebie - ma to poniekąd jakiś cel i sens.
    Och, jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego opisu walki. Był bardzo obrazowy, dynamiczny i ... no po prostu był zajebistym opisem walki. Opisywać potyczki trzeba umieć. To naprawdę jedna z trudniejszych do opowiedzenia rzeczy, ale Tobie wyszło znakomicie.
    Lubię tego Dagona, jeśli rozwiniesz tę postać, skłonna jestem się w niej zakochać. Jest brutalny, cyniczny, ale właśnie przez to pociągający. Zresztą Pandora, choć się przez tym broni, też chyba dostrzega w nim coraz więcej zalet. No cóż. Biegnę dalej. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "— Niech się twoja śliczna główka o to nie martwi"
    "Martwić" niezbyt pasuje. Hmmm może lepiej jakby sobie nie zaprzątała tym głowy?

    "Pandoro? - zapytał przyjaźniejszym tonem."
    myślnik

    "— Do tego wszystkiego należy dodać, że uratowałem ci życie, zabijając pobratymca."
    pobratyńca

    "Podniosłyśmy nasze bronie, schowałyśmy je do pochw"
    pochew

    W końcu udało mi się znaleźć trochę czasu, aby tu do Ciebie zerknąć.
    Cóż, Dagon z pewnością jest typem bohatera, który kręci kobiety i chyba musiałabym być jakaś dziwna, gdyby mnie również nie zainteresował. Jednak powstrzymam się jeszcze od jarania i poczekam na dalszy ciąg wydarzeń. Pandora zdecydowanie przyjemniejsza od jej wersji z przyszłości, całkiem do polubienia. Dzisiaj skromnie, bo moja głowa mało pomysłowa ostatnio. Na dniach postaram się nadrobić resztę, ale z powodu natłoku obowiązków, może sie to przeciągnąć w czasie.
    Życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki za błędy! :) wrócę do domu i je poprawie. W weekend przeczytam zaległości u Ciebie, bo miałam takie urwanie głowy na uczelni że łolaboga :D.

      Usuń
    2. A z pobratymcą jest dobrze, aż sprawdziłam, bo mi się coś nie zgadzało :D.
      http://aztekium.pl/przypadki.py?tekst=pobratymca&lang=pl

      Usuń