28 kwietnia, 2016

Rozdział 2

Pierwszy raz od bardzo dawna obudziłam się zupełnie wyspana. Mimo że z nieznanych powodów moja lewa strona ciała była nieco obolała, czułam się dość dobrze. Zniknęły sińce pod oczami oraz opuchlizna z powiek. Rześki poranek dodawał mi sił. Pełna energii i chęci do działania wstałam z łóżka, ubrałam się i ruszyłam do łazienki. Miałam dużo czasu, więc zdążyłam nawet zjeść śniadanie i wypić kawę. W kuchni siedziała mama, czytając gazetę i popijając espresso z chińskiej podróbki porcelanowej filiżanki. Gdy krzątałam się, przygotowując jajecznicę, wodziła za mną podejrzliwym wzrokiem. Udawałam, że nie dostrzegałam jej spojrzenia, przez co ostatecznie odstawiła filiżankę na spodek i wyprostowała plecy. Lekko przekręciła głowę na bok, ściągając brwi.
            — Dobrze się czujesz? Jest dopiero siódma rano — mruknęła. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
            — Wiem — odparłam i posłałam jej serdeczny uśmiech. Kobieta prychnęła.
            — To zupełnie nie w twoim stylu. Z reguły spóźniasz się do szkoły.
            — Dziś jest inaczej. — Wyciągnęłam z szafki talerz i nałożyłam na niego jajecznicę z bekonem. Potem zalałam kawę rozpuszczalną wrzątkiem i usiadłam do stołu.
            — Może ty kogoś poznałaś? — Jej kolejne słowa sprawiły, że oplułam się gorącym napojem. Mama uniosła jedną brew, patrząc przeszywającym wzrokiem. Jeśli Dagon rzeczywiście był „kimś”, to mogłabym przyznać mamie rację.
            — Nikogo nie poznałam — burknęłam. — O co ci chodzi?
            — O nic. — Upiła łyk kawy, a kąciki jej ust uniosły się, by utworzyć delikatny, zadziorny uśmiech.

*

            O ósmej byłam już w szkole. Miałam jeszcze godzinę do rozpoczęcia lekcji, więc postanowiłam zaszyć się w bibliotece wraz z jedną z książek od pani Fitz. Przez cały ranek nie dopuszczałam do siebie myśli o poprzednim śnie. Owszem, widziałam w nim magię, demony i inne dziwne stworzenia, ale one nie mogły naprawdę istnieć. Uznałam te elementy za twory wyobraźni. Reszta sprawiała wrażenie bardzo realnej. Walka, rany, krew, broń... ratunek. Wzięłam z domu tylko jedną książkę, bo to w niej ujrzałam nazwę „Obrońcy Świtu”. Dagon o tym wspominał. Tym razem nie mogłam się mylić. To, co widziałam każdej nocy, musiało się już wydarzyć. Francja sprzed rawie czterystu lat i dwie walczące ze sobą organizacje. Czyżbym właśnie odkrywała wydarzenia, o których współczesna ludzkość nie miała pojęcia? W końcu zamiast przerażenia odczuwałam ekscytację. Wierzyłam, że nie byłam wariatką, tylko dziewczyną z supermocą. Mogłam ujrzeć przeszłość!
            Przewróciłam kilka kartek, by odszukać upragniony cytat. O Obrońcach Świtu wciąż niewiele się mówi. Mimo to, udało nam się zebrać chociaż szczątkowe informacje. Członkowie tego zakonu wierzyli, że od tysiącleci i aż po kres świata walczą z demonami. Coś zakłuło mnie w żołądku. Nie... Przecież nie mogli tak naprawdę z nimi walczyć. Demony były bujdami, wymysłem ludzi z zamierzchłych czasów. Te z mojego snu to tylko twory wyobraźni. Prawdopodobnie... Uważali, że są jedyną barierą chroniącą ludzkość przed złem. Jeśli Dagon miałby być demonem, to raczej jakimś wybrakowanym. Obrońcy Świtu doskonale posługiwali się białą bronią. Prosta ludność z kilku wsi pod Paryżem sugerowała, jakoby członkowie zakonu umieli używać magii. No cóż. Czarownikami to oni nie byli... Nagle zdałam sobie sprawę, że wszystko, co przeczytałam, brałam przynajmniej za szczątki prawdy. Magia? To jakaś bzdura. Demony? Kompletne wariactwo! O ile w tajemniczych asasynów byłam w stanie uwierzyć, o tyle we wszystko inne już nie. Dlaczego ludzie powtarzali te głupie zabobony i legendy? Obrońcy Świtu byli doskonale wyszkolonymi zabójcami, uważa się, że ich szpiedzy znajdowali się we wszystkich zakamarkach Europy. W to akurat mogłam uwierzyć. Widziałam, jak doskonale walczyła Pandora. Nigdy nie odnaleziono żadnej z siedzib należących do zakonu ani nie spotkano jego członków. Wszystkie informacje, jakie spisaliśmy, uzyskaliśmy od rzekomych świadków, z podań oraz legend. Miałam rację, to był tylko wymysł prostych ludzi ze wsi.
            Ogarnęła mnie niespodziewana irytacja. Zaledwie jedna strona poświęcona Obrońcom Świtu? To za mało. Chciałam wiedzieć więcej. Zamknęłam książkę i odwróciłam ją, by zerknąć na tył. Napisało ją w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym dwóch antropologów z Uniwersytetu Kalifornijskiego Berkeley... Cholera, to trochę daleko od Bostonu. Jako że miałam jeszcze dwadzieścia minut do pierwszej lekcji, włączyłam jeden z komputerów i wpisałam nazwiska antropologów. Pierwszy z nich zmarł pięć lat temu, jednak ten drugi – David Males – nadal wykładał na Berkeley. W pierwszej chwili zaczęłam wymyślać plan na to, skąd wezmę pieniądze i jak ubłagam mamę o wyjazd do Kalifornii, ale przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek. Spisałam adres mailowy tego mężczyzny z oficjalnej strony uniwersytetu i zadowolona z siebie, wyłączyłam przeglądarkę. Po powrocie do domu, zamiast uczyć się do nadchodzących egzaminów, miałam zamiar skontaktować się z tym mężczyzną. Jeszcze nie wiedziałam, o co go zapytam (o ile w ogóle raczy mi odpisać), ale chciałam wiedzieć coś więcej. Musiałam mieć pewność, że nie oszalałam i rzeczywiście mogę zobaczyć przeszłość.
            Kiedy pakowałam książkę do plecaka, zadzwoniła do mnie Marsy. Przyciszyłam dzwonek i szybkim krokiem wyszłam z biblioteki. Pożegnało mnie kilka niezadowolonych spojrzeń.
            — Hej, co tam? Jesteś już w szkole? — zapytałam. Przez parę sekund nie słyszałam nawet oddechu przyjaciółki. Zupełnie milczała, co było do niej niepodobne.
            — Mam superplan — w końcu się odezwała. Znałam ten ton. Zapewne znów wpadła na jakiś głupi pomysł i próbowała mnie w niego wciągnąć.
            — Zapomnij — mruknęłam, zarzucając sobie plecak na jedno ramię.
            — Em, no dawaj! — Kiedy czegoś chciała, zawsze mówiła do mnie tymi dziwnymi zdrobnieniami. W odpowiedzi przewróciłam teatralnie oczami.
            — Co tym razem? — Znów nastała krótka pauza.
            — Zerwijmy się dziś ze szkoły! — pisnęła z podekscytowania.
            — Marsy, oszalałaś?! — warknęłam, automatycznie zatrzymując się w połowie kroku. — Niedługo egzaminy. Jak zamierzasz je zdać?
            — Jakoś dam radę, ale potrzebuję odpoczynku! — żachnęła się. — Proszę, Em, jestem taka zestresowana... — urwała i błyskawicznie zmieniła ton głosu na cierpiący. Dlaczego ja zawsze jej ulegałam?

*
            Jak się ostatecznie okazało, nie tylko ja byłam na tyle głupia i nieodpowiedzialna, by pójść na te wagary. Dołączyły do nas jeszcze trzy osoby. Kate i Tyler, z którymi chodziłam na geometrię oraz Sean od wspólnych zajęć z chemii. Nie byłam z nimi blisko, ale najwyraźniej Marsy tak, gdyż czuła się w ich towarzystwie bardzo komfortowo. Ja wręcz przeciwnie. Kate i Tyler byli typową idealną parą z amerykańskiego liceum. Popularni, zabawni, bogaci i piękni. Obydwoje mieli drogie ubrania oraz gadżety, dużo polubień pod każdym zdjęciem na Facebooku, bujne życie towarzyskie (erotyczne zapewne też) i wiele ciekawych historii z imprez do opowiedzenia. Sean był najlepszym przyjacielem najbardziej popularnego chłopaka w szkole. Równie przystojny i idealny, ale jakże niedostępny. Siedzieliśmy w barze z koktajlami, a Marsy czuła się przy nich jak ryba w wodzie. Razem żartowali, pokazywali sobie najnowsze zdjęcia na Instagramie i z pogardą w głosie obgadywali przechodniów zza szyby. Na ich tle wychodziłam raczej słabo. Pochodziłam z rozbitej rodziny, nie miałam drogiego telefonu czy też chłopaka, ale nie chciałabym być taka jak oni. Ich życie było puste. Tak przynajmniej się pocieszałam.
            — Hej, śpiąca królewno, co jesteś taka milcząca? — zapytała Marsy zupełnie niepodobnym do niej tonem. Nieco się skrzywiłam na dźwięk tych słów. To było oczywiste, że się popisywała przed popularnymi znajomymi. A ja miałam być kozłem ofiarnym.
            — Rozmyślam nad sensem życia — mruknęłam, nie odrywając wzroku od soku w plastikowym kubku, który trzymałam obydwoma dłońmi, jakbym bała się że zaraz spadnie i pobrudzi mi ubrania, sprawiając, że ten dzień stanie się jeszcze gorszy. 
            — Mówiłaś, że z nią będzie zabawniej — jęknęła z wyrzutem Kate, odwracając się teatralnie do Marsy. Spojrzałam na przyjaciółkę, a na jej twarzy pojawiła się panika. Kąciki moich ust lekko się uniosły.
            — Emma, jest zmęczona — wycedziła Marsy, szukając jakiejś wymówki na moje jakże haniebne zachowanie.
            — Wybaczcie, że nie jestem zabawna — powiedziałam, wzruszając ramionami.
            — Mówiłam, żebyś nie zabierała ze sobą tego kujona — warknęła Kate, najwyraźniej oburzona moimi słowami. Marsy już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale jej przerwałam.
            — Księżniczka poczuła się urażona? To lepiej leć dokleić sobie kilka tipsów, to na pewno poprawi ci humor — syknęłam w poirytowaniu. Lubiłam się uczyć, ale bez przesady. Nie byłam kujonem.
            — Mam tego dość. — Kate zamaszyście wstała od stolika i poprawiła spódniczkę. — Tyler, wychodzimy. Mar, idziesz z nami? — zwróciła się do mojej przyjaciółki.
            — „Mar”? Naprawdę? — szepnęłam, unosząc brwi z niedowierzania. Marsy spojrzała na mnie z obrzydzeniem, jakbym odbiła jej przynajmniej pięciu chłopaków i wstała bez słowa. Tyler skinął głową na Seana, jednak ten machnął mu jedynie ręką na pożegnanie.
            — A ty? Leć za swoim stadem — syknęłam, kiedy tamta trójka opuściła bar. Chłopak jedynie rozsiadł się wygodniej na krześle i uśmiechnął od ucha do ucha.
            — Nieźle jej dogadałaś — rzucił i upił łyk swojego napoju, po czym się zamyślił — Byłoby lepsze, gdyby dodać alkohol.
            — Nie wątpię. — Przewróciłam oczami i po raz ostatni spojrzałam przez szybę na oddalające się trzy postacie. No cóż, Marsy mnie wystawiła. Nie spodziewałam się, że chciała być taka jak Kate.
            — Szybko ci tego nie zapomni — powiedział chłopak, podążając za moim wzrokiem.
            — Gdybym ja się tym przejmowała... Ale szczerze? Mam to gdzieś. Ja również nie chciałam iść z wami na te wagary.
            — A jednak tu jesteś — zasugerował Sean. Spojrzałam na niego wymownie.
            — Ty też. Dlaczego?
            — Uznałem, że jednak nie jesteś taka nudna jak sądzili. — Parsknęłam z niedowierzania.
            — Dzięki za ten marny komplement.
            — Chodź, mam lepszy pomysł na spożytkowanie naszego czasu. Tylko weź sok, o ile jeszcze ci trochę zostało. — Zanim zdążyłam odpowiedzieć chłopak, chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. Puścił dopiero na zewnątrz, a ja niczym potulna owieczka szłam za nim, wgapiając się w umięśnione plecy, opaloną szyję i brązowe, roztrzepane włosy. Był naprawdę przystojny. Ale nie tak jak Dagon, mignęło mi w podświadomości. Odruchowo pokręciłam głową, próbując wyrzucić te słowa z myśli. On nie istniał!
            Nim się zorientowałam, gdzie zmierzaliśmy, znaleźliśmy się na plaży. Sean zaprowadził mnie na jedną z ławek, która otoczona była krzewami dzikiej róży.
            — To był ten twój świetny pomysł? — zapytałam, kładąc sobie ręce na biodrach.
            — Nie widziałaś jeszcze najlepszego — rzucił, otwierając plecak i wyciągając z niego metalową manierkę. Uchylił wieko plastikowego kubka z sokiem i nalał do niego trochę przezroczystego płynu. Potem, mimo mojego sprzeciwu, zrobił to ponownie. — Spróbuj teraz.
            Upiłam łyk i choć nie było bardzo czuć wódki, lekko się skrzywiłam. Nie przepadałam za alkoholem.
            — Kupiłem jeszcze całą butelkę i sok w kartonie, bo mieliśmy iść całą piątką, ale tamci postanowili się ulotnić. Nie wiedzą, co tracą.
            — Świetnie. Zamiast zajmować się ważnymi rzeczami, skończyłam tu z tobą, pijąc koktajl z tanim alkoholem — mruknęłam, spoglądając na fale uderzające o brzeg.
            — Nie był taki tani — powiedział Sean i stuknął swoim kubkiem o mój. — To chociaż wypijmy za coś. Może za egzaminy?
            — Niech ci będzie — przytaknęłam i upiłam kolejny łyk. Z każdym kolejnym smakowało mi coraz bardziej. W końcu otworzyliśmy zapasy Seana, a mój humor diametralnie się zmienił. Chyba tego mi było trzeba po tym, jak potraktowała mnie Marsy. Poza tym całe życie byłam grzeczną dziewczynką. Należało mi się coś za te wszystkie lata przykładności i odpowiedzialności. W mojej głowie huczał głos, że mam tylko piętnaście lat i co powie na to mama, ale z każdym kolejnym łykiem cichł. W końcu wpadłam na głupi pomysł, co nie było takie trudne do przewidzenia.
            — A może zadzwonimy po tamtych frajerów? — zapytałam, ignorując to, w jaki sposób nazwałam przyjaciółkę. — Tylko niech kupią prowiant, bo nam już się kończy.
            — Coraz bardziej cię lubię — rzucił Sean, po czym objął mnie ramieniem i znienacka pocałował w policzek. W odpowiedzi zaśmiałam się niczym mała dziewczynka. Pół godziny później dołączyli do nas poprzedni towarzysze. Ich miny mówiły, że mieli do mnie jakiś problem. Dopiero kiedy zdali sobie sprawę, że jestem pijana, bredzę od rzeczy i nienaturalnie głośno się śmieję, nieco się rozluźnili.
            — Sean, gdzie podziała się ta laska z rana? — parsknęła Kate, spoglądając na mnie niepewnie.
            — Umarła — rzuciłam, na co wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. Wtedy jednak coś zakuło mnie w sercu. Poczułam, jakby ktoś wbił we mnie grubą szpilę, a potem jeszcze nią poruszył dla spotęgowania bólu. Nie dałam nic po sobie poznać, jednak na krótką chwilę straciłam oddech, nie potrafiąc skupić wzroku na żadnym obiekcie. Równie szybko, jak to uczucie się pojawiło, zniknęło. Znów mogłam bawić się z nowymi przyjaciółmi, którzy w tamtym momencie byli dla mnie najlepszą paczką na świecie.
            — Chyba jednak pomyliłam się co do ciebie — rzuciła Kate, siadając obok mnie.
            — Ty też nie jesteś taką suką, za jaką cię brałam — odparłam bez pardonu i  nastała cisza. Wszyscy spoglądali na Kate, jakby zaraz miała wybuchnąć i rzucić się z pazurami na ofiarę. Ta jednak znów zaczęła się śmiać i poklepała mnie po plecach.
            Nasze wagary przeciągnęły się aż do samego wieczora. Oczywiście napisałam mamie wiadomość, w której skłamałam, że uczę się u Marsy. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, w jak niepodobny do mnie sposób się zachowywałam. Tamtego dnia nic się nie liczyło. Wszystko było takie proste i klarowne. W końcu zaczęłam być typową nastolatką. Chciałam popełniać błędy, śmiać się i bawić. Kiedy zrobiło się naprawdę późno, Marsy, Kate i Tyler pojechali do domów autobusem. Ja i Sean postanowiliśmy wrócić na piechotę. Okazało się, że mieszkał całkiem blisko. Niczym gentleman odprowadził mnie pod same drzwi kamienicy. Zanim weszłam do środka, zatrzymałam się na drugim schodku i odwróciłam do chłopaka.
            — Dzięki za dziś, było super — rzuciłam, czując, że prawie całkowicie wytrzeźwiałam i zmęczenie dawało o sobie znać.
            — Do usług — odparł i ukłonił się. W odpowiedzi wesoło się zaśmiałam. — Widzimy się jutro na zajęciach? — zapytał i zaczynał się wycofywać.
            — Czekaj – przerwałam mu, zagryzając dolną wargę. Sean zrobił zakłopotaną minę, nie widząc, o co mi chodziło. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zeskoczyłam ze schodków, chwyciłam go za bluzkę i przyciągnęłam do siebie. Kiedy nasze ciała się zetknęły, poczułam między nami żar. Słyszałam głośny oddech chłopaka i kiedy uniosłam oczy, by spojrzeć na jego twarz, ujął w dłonie moje policzki. Na krótką chwilę zamarliśmy w bezruchu, patrząc sobie w oczy. W końcu Sean zatopił swoje usta w moich, łącząc nas w namiętnym pocałunku. Nigdy wcześniej z nikim się nie całowałam. Byłam zdziwiona, że tak dobrze poszło mi nadążanie za ruchami jego języka. Nie miałam pojęcia, jak długo się całowaliśmy, ale najwidoczniej obydwoje nie chcieliśmy tego przerywać. Jego usta były ciepłe i wilgotne, a dłonie duże i bezpieczne. Gdy odsunęliśmy się od siebie, chłopak rzucił mi jedynie lakoniczne „do zobaczenia” i odszedł. Stałam tam jeszcze przez kilka chwil, po czym zatrzęsłam się z zimna i w końcu weszłam do domu. W środku wszystkie światła były zgaszone. Zapaliłam małą lampkę, stojącą w korytarzu i zobaczyłam mamę, która usnęła na kanapie w salonie. Na stoliku obok stał pusty kieliszek po winie. Uśmiechnęłam się do siebie i przykryłam rodzicielkę leżącym nieopodal kocem. Udałam się do swojego pokoju z zamiarem przebrania w piżamę, jednak przypomniałam sobie o tym antropologu, do którego miałam napisać. Niemal umierając ze zmęczenia, włączyłam komputer i postanowiłam stworzyć kilka sensownych zdań.
            Dobry wieczór. Nazywam się Emma Winfield i mieszkam w Bostonie. Piszę do Pana z zapytaniem, czy chciałby Pan poświęcić mi trochę swojego czasu i podzielić się ze mną informacjami na temat Obrońców Świtu. Czytałam Pańską książkę i byłam nią bardzo zafascynowana. Pragnę dowiedzieć się czegoś więcej o tym tajemniczym zakonie. Będę bardzo szczęśliwa, jeśli uzyskam od Pana odpowiedź.
Pozdrawiam
Emma Winfield
            Niesamowicie zadowolona z siebie, wysłałam maila, po czym, jak wcześniej zamierzałam, przebrałam się i runęłam na łóżko, jakbym ważyła przynajmniej trzysta funtów. Jeszcze przez jakiś czas spoglądałam w sufit, wspominając, a przynajmniej to, co się udało, dzisiejsze wydarzenia. Kto by się spodziewał, że potrafię być taka odważna? Pocałowałam Seana! Właściwie to on pocałował mnie, ale ja to zapoczątkowałam. Z zażenowania zakryłam poduszką twarz. Jak powinnam się jutro zachowywać? Postanowiłam już więcej o tym nie myśleć i po prostu być sobą.
            Ale on nie jest Dagonem, mignęło mi w podświadomości.

            A potem zasnęłam.

7 komentarzy:

  1. " — Rozmyślam nad sensem życia — mruknęłam, nie odrywając wzroku od soku w plastikowym kubku, który trzymałam [obydwoma] dłońmi,"
    obiema dłońmi

    To chyba na tyle, jeśli chodzi o błędy, ale że głowa daje mi dziś do wiwatu, to mogłam coś pominąć. W każdym razie czytało się płynnie i szybko, co oczywiście jest na plus. Po tym rozdziale zepsuł się nieco mój obraz głównej bohaterki, choć może nie "zepsuł", bo zdania nie miałam jeszcze o niej wyrobionego. Powiedzmy, że na razie jest sobie po prostu bohaterka, ale jeszcze nie zrobiła nic, żeby zaskarbić sobie moją sympatię. Zobaczymy dalej jak będzie. Nie sądziłam jednak, że będzie zmieniać zdanie zależnie od powiewu wiatru, ale kto wie, może jestem po prostu stara i staroświecka w dodatku ^^
    Życzę weny i czekam na kolejną część :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieciaki w wieku piętnastu lat takie są :D. Przynajmniej ja taka byłam te prawie dziesięć lat temu :P. Wiesz, kreowałam ją na taką trochę niezdecydowaną, zachwianą, zmienną, ale dziękuję za jak zawsze szczerą opinię, a błąd już poprawiam! :)

      Usuń
  2. nooo, bez jaj- są takie hahah :) wpadnijcie też do mnie, dzięki za jakieś komentarze itp :) owce

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zanim zdążyłam odpowiedzieć chłopak, chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia." - przecinek nie po słowie "chłopak", a przed nim.

    O, podobał mi się ten rozdział. Był beztroski, z nutką humoru, zwieńczony pikantnym, naprawdę dobrze opisanym pocałunkiem. Serio, zazdroszczę, aż poczułam ciarki, podczas gdy moje "romantyczne" opisy są chyba tak samo romantyczne, jak ja, czyli w ogóle. xD Ale wiem, od kogo będę się mogła uczyć w takim razie. :3
    Ale nie tylko dlatego mi się podoba ten rozdział. Jest naprawdę dobrze skonstruowany, nawet jeśli dosć schematyczny. Bo schematyczny jest, ale to mu wcale nie ujmuje. Podoba mi się motyw z tym profesorkiem, coś czuję, że gość zna temat znacznie głębiej, że wręcz przerazi go, że dziewczyna się nim zainteresowała, może każe jej się trzymać od tej historii z daleka? Ciekawa jestem, a może jednak więcej nic nie wie? Dość gdybania. Podoba mi się również to, że dziewczyna wspomina Dagona. Z doświadczenia wiem, że wyśniony kochanek potrafi naprawdę dobrze wryć się w głowę i zatruwać umysł. Ten rozdział wygląda na naprawdę przemyślany.
    Ciekawa jestem, jak to będzie dalej.
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, naprawdę dziękuje za tak długi i miły komentarz (przecinek za chwilkę poprawie). Masz racje, rozdział był schematyczny, ale co mi tam :P. Co do tego profesora to zdradzę, że nie odgrywa on dużej roli. Może nawet wcale nie odpisze na tego maila. Tak, z postaciami ze snów zgadzam się w 100%. Też mi sie niestety to zdarza ;_;. Czy jesteś romantyczna...skoro u siebie piszesz takie wspaniałe opisy, to i sceny miłosne na pewno będą nieziemskie :). Ale o tym się dopiero przekonam, bo jestem na bieżąca :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że moje romanse będą bardziej erotyczne, seksualne i zmysłowe, niż romantyczne, kwiatkowe i serduszkowe, że tak to ujmę. xD
      Och, a z profesorkowej postaci mógłby być całkiem niezły użytek i ciekawy wątek, choć jeśli rzeczywiście nie odpisze dziewczynie lub ją spławi - będzie to zaskakujące i niespodziewane, za co też duży plus. :D

      Usuń
  5. Do you need free Google+ Circles?
    Did you know you can get them AUTOMATICALLY & ABSOLUTELY FOR FREE by registering on Like 4 Like?

    OdpowiedzUsuń