21 kwietnia, 2016

Rozdział 1

Pandora i ja szłyśmy wąskim, spowitym w mroku korytarzem. Byłyśmy wewnątrz jakiegoś starego i bardzo szykownie umeblowanego domu. Na ścianach wisiały liczne portrety i świece w  metalowych lichtarzach przymocowane do ściany. Stąpałyśmy pewnym krokiem, co jakiś czas spoglądając za siebie. Byłyśmy ubrane w długą, ciemną suknię uszytą z drogiego materiału. Nasze włosy spływały kaskadami na plecy, a nadgarstki zdobiły złote bransolety.
Kiedy w końcu zatrzymałyśmy się przed solidnymi, mahoniowymi drzwiami, serce biło szybko, jakby miało za chwilę wyskoczyć z piersi. Nacisnęłyśmy posrebrzaną klamkę, a oczom ukazała się przestronna sypialnia. Na prawo, przy ścianie, stało wielkie łoże z baldachimem. Po drugiej stronie drewniana szafa i rozpalony kominek. Wewnątrz było przytulnie i intymnie. Dopiero po chwili dostrzegłyśmy jakiś ruch na łóżku. Na ręcznie haftowanej narzucie w kolorze malachitowym leżał on, nasz ukochany. Kiedy nas ujrzał, wstał i powolnym krokiem ruszył w stronę wejścia. Szedł jak drapieżnik, który podkradał się do swojej ofiary. Bez słowa zamknął drzwi i obiema dłońmi ujął naszą twarz w duże, ciepłe dłonie. Jego oczy płonęły z namiętności, a my z rozkoszą zagłębiałyśmy się w te cudowne tęczówki w kolorze onyksu. Pochłaniały nas w całości, a kiedy złączyliśmy się w pocałunku, znów byliśmy jednością. Ja, Pandora i on. Mężczyzna pociągnął nas w kierunku łóżka i błyskawicznie na nie rzucił. Nie przeszkadzało nam to. Lubiłyśmy, kiedy tak robił, a on uwielbiał dominować. Jednym, płynnym ruchem zdarł z nas górną warstwę sukni, a następnie gorset. Jęknęłyśmy z rozkoszy, kiedy wpił się w naszą pierś, a drugą pieścił zwinnymi palcami. Myślałyśmy tylko o tym, żeby w końcu w nas wszedł. Nic innego się nie liczyło. On jednak bawił się z nami. Oderwał palce od sutka i sunął nimi powoli wzdłuż ciała, przyprawiając skórę o przyjemne ciarki. W końcu zjechał dłonią do uda i mocno je ścisnął, jakby chciał, by zmieściło się w jej wnętrzu. Potem drażnił się, muskając opuszkami nasz wzgórek łonowy. Jęczałyśmy z rozkoszy, błagając o więcej. Doskonale o tym wiedział, więc po raz ostatni przygryzł zębami brodawkę, zostawiając ją opuchniętą i mokrą, po czym zdjął z siebie luźne spodnie. Wydawałoby się, że specjalnie przygotował sobie taki ubiór. Szybkim ruchem znalazł się w naszym wnętrzu. Nie musiał sprawdzać, czy byłyśmy gotowe. Po naszych udach od samego początku ciekł śluz rozkoszy. Pchał nas mocno i gwałtownie, gdy wbijałyśmy mu paznokcie w barki, krzycząc z podniecenia. Był zaborczy i gwałtowny, ale tonęłyśmy w odmętach tej przyjemności. Każde kolejne pchnięcie przybliżało całą trójkę do nieuniknionego końca. Kiedy on zaczął szczytować, cały świat rozpadł się na kawałki. Czułyśmy, jak nasienie wlewa się do naszego wnętrza. Wypełniało nas przyjemne ciepło i rozkosz. Same doszłyśmy kilka sekund później, nie potrafiąc opanować drżenia. Gdy mężczyzna położył się obok, głośno dysząc, wciąż miałyśmy rozmazany obraz przed oczami. Wtedy właśnie odwrócił się do nas przodem i uśmiechnął tak uroczo i szczerze, że po policzkach spłynęły nam łzy.
            — Kocham cię  — szepnął, mrużąc delikatnie oczy. W odpowiedzi ucałowałyśmy go w czoło.
            — Tak bardzo się o ciebie martwiłam — powiedziałyśmy. — Gdyby cię złapali....
            — Ale dzięki tobie udało mi się uciec — przerwał. — Długo ich namawiałaś do zmiany decyzji?
            — Arthur od razu przyznał mi rację co do wysłania za wami pościgu inną drogą, ale Liam miał z tym problem. Upierał się, by działać zgodnie z pierwotnym planem — wyjaśniłyśmy.
            — Ten parszywiec działa mi na nerwy — syknął, odruchowo zaciskając dłonie w pięści.
            — Nie jest głupcem. Chyba zaczyna podejrzewać, że ci pomagam — mruknęłyśmy. Mężczyzna spojrzał na nas z troską w oczach.
            — Już niedługo, ukochana. Wkrótce razem stąd uciekniemy — rzucił, choć to wcale nie wydawało się być takie proste.
            — I co będzie dalej? Jak ty sobie to wyobrażasz? Znajdą nas i zabiją. — W naszych słowach pobrzmiewał smutek, ale i złość. — Dobrze wiesz, że nie będziemy mogli żyć razem.
            — Uwierz mi, będziemy... — szepnął, a jego głos dobiegał z oddali, mimo że wciąż leżał kilka centymetrów od nas. Jego usta się poruszały, ale ja nie potrafiłam usłyszeć słów. Czułam, jakby ktoś siłą wyrywał mnie z tamtego łoża. Chciałam tam zostać. Chciałam z być z mężczyzną. Próbowałam krzyczeć, ale głos ugrzązł w gardle. Obraz ukochanego zaczął się rozmazywać, a wszystko dookoła spowiła czerń. Zacisnęłam kurczowo pięści i zamknęłam powieki.
            — Dagon! — krzyknęłam z desperacją w głosie, otwierając oczy.
Głośno dysząc, rozglądałam się dookoła, jednak znów byłam we własnym łóżku w domu w Bostonie. Po moim czole spływały strużki potu. Czując się otępiała, odsunęłam kołdrę i delikatnie dotknęłam wnętrza prawego uda. Było ciepłe i wilgotne. Mimo że jeszcze nikt nie pozbawił mnie dziewictwa, ten sen był tak realny, iż zaczęłam w to powątpiewać. Co się ze mną działo, do cholery?! To nie pierwsza taka noc, ale ta miała w sobie ogromną moc. Wciąż nie mogłam oddalić od siebie obrazu ukochanego, jego ciepła i dotyku. Moje ciało pragnęło tej bliskości. Co ja powinnam sobie myśleć? Że stworzyłam chłopaka, z którym spędzałam upojne noce? Przecież nie miałam żadnych zaburzeń mentalnych! Spróbowałam więc znaleźć jakieś pozytywy. Przede wszystkim dowiedziałam się, że Pandora faktycznie zdradziła swoich pobratymców na rzecz tego mężczyzny. Pomogła mu w bezpiecznej ucieczce, a on planował wspólny wyjazd z Francji. Mimo wszystko wciąż nie wiedziałam, dla jakich organizacji pracowali. Podświadomie czułam, że nie miało to nic wspólnego z zamachem na króla.
            Z pulsującą od bólu głową pojechałam do szkoły. Starałam się skupić na nadchodzących egzaminach, ale nie przynosiło to zamierzonego skutku. Wciąż rozpamiętywałam namiętne chwile z Dagonem. We śnie nie zdradził mi swojego imienia, lecz z nieznanych mi powodów po prostu je znałam. Ten tajemniczy mężczyzna sprawił, że zupełnie przestałam się interesować płcią przeciwną uczęszczającą do mojej szkoły. Cholera, ja nawet nie wiedziałam, czy on kiedykolwiek istniał. Mimo to byłam w stanie w kółko przypominać sobie jego uśmiech, oczy i ciepłe, męskie dłonie. Niczym odpowiednik mrocznego księcia z bajki. Zupełne odwzorowanie idealnego faceta, którego można spotkać w romantycznych książkach dla nastolatek. Po ponownym przeanalizowaniu faktu, który odkryłam, znów zwątpiłam w to, jakoby Dagon miał naprawdę egzystować. Nic dziwnego, że wyobraźnia płatała mi figle. Naczytałam się tych gniotów i teraz przyszły konsekwencje.
            Z głośnym westchnięciem wysiadłam z autobusu. Marsy jak zawsze czekała na mnie pod szkołą. Ukradkiem zerknęła na moją twarz, sprawdzając czy znów miałam swoje „nocne problemy”. Tym razem nie doszukała się podkrążonych oczu. Jedynie zniesmaczonego wyrazu.
            — Myślałaś, że nie zauważę? — parsknęłam, kładąc sobie dłonie na biodrach. Marsy momentalnie odwróciła wzrok i nienaturalnie się zaśmiała.
            — Wyglądasz dziś wyjątkowo dobrze — odpowiedziała i ruszyła w kierunku wejścia do szkoły. No cóż, miałam dość przyjemną noc.
            — Pomijając ból głowy, to całkiem nieźle się trzymam — rzuciłam.
            Dopiero na lekcji historii poczułam, że stres zaczął mnie opuszczać. W końcu mogłam się odprężyć i skupić na zajęciach. W sali, w której otaczał mnie zapach starych map i pożółkłych tomiszczy, poczułam się o wiele lepiej. To pomieszczenie działało skuteczniej, niż jakiekolwiek tabletki na ból głowy czy antydepresanty. Obecność pani Fitz tylko wzmogła mój błogi stan. Kobieta kontynuowała temat o wojnie secesyjnej, a mówiła o tym z taką pasją i oddaniem, że błyskawicznie uległam jej słowom i, dzięki wyobraźni, przeniosłam w przeszłość. Zauroczona własnymi zdolnościami imaginacji, nie usłyszałam dzwonka oznajmującego przerwę. Dopiero odgłos odsuwanych krzeseł nieco mnie otrzeźwił. W otępieniu podniosłam się z miejsca i spakowałam książki. Niczym robot zaczęłam sunąć w kierunku wyjścia. Na zewnątrz stała Marsy, machając do mnie wesoło. Chciałam jej odmachać, kiedy usłyszałam głos pani Fitz.
            — Emmo, zostań chwilę. Mam dla ciebie książki, o które prosiłaś — powiedziała, a ja automatycznie odwróciłam głowę w jej stronę. Nauczycielka wyjęła z teczki kilka naprawdę starych egzemplarzy i pokazała mi je. Z niezwykłą dla mnie delikatnością wzięłam jeden z nich i otworzyłam na pierwszej stronie. Tajne organizacje we Francji XV-XVII wiek. Na mojej twarzy wykwitł uśmiech, a pani Fitz odpowiedziała mi tym samym. — Trzymaj je jak długo chcesz, mój przyjaciel na razie ich nie potrzebuje — dodała, a ja zaczęłam pakować moje cenne skarby do plecaka.
            — Bardzo pani dziękuję — powiedziałam i wyszłam z sali.
To był strzał w dziesiątkę. Nie spodziewałam się, że nauczycielka tak szybko znajdzie właśnie te lektury, których potrzebowałam. W duchu modliłam się, by były choć odrobinę pomocne. W przeciwnym wypadku uznam, że zwariowałam.
*
Spędziłam cały wieczór, przerzucając kartkę za kartką. Większość informacji była zupełnie nieprzydatna, przez co zaczynałam odczuwać narastającą panikę. Ciągle natrafiałam na te same zapisy. Różniły się tylko daty i poszczególne nazwy. W końcu doszło do tego, że litery zaczęły zlewać się w jedno. Nie byłam w stanie rozczytać pojedynczych wyrazów. Gubiłam się we własnych myślach i obawach. Ostatecznie przymknęłam lekko powieki, starając się uspokoić. Wzięłam głęboki wdech i obiecałam sobie, że na spokojnie spróbuję czytać dalej. Po mojej głowie krążyło tak wiele pytań bez odpowiedzi. Wciąż powtarzałam sobie, że wcale nie zwariowałam. Że to wszystko dzieje się przez stres i moją bujną wyobraźnię. Mimo to gdzieś na końcu świadomości czułam, iż nie mogłam tego wszystkiego wymyślić. Choćbym nie wiem jak bardzo chciała, stworzenie tak realistycznych obrazów było niemożliwe.
            Rozmyślając nad swoimi nieznośnymi problemami, zapadłam w głęboki sen. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że znów stałyśmy się jednością. Ja i Pandora. Biegłyśmy przez gęsty las. Co jakiś czas nieznośna gałązka smagała nasz policzek. Mimo to nie zwalniałyśmy. Byłyśmy ubrane w jasny, dopasowany strój. Na tyle luźny, by móc swobodnie uciekać i... walczyć. Przy prawym udzie wisiał miecz w czarnej pochwie, odrobinę przypominający samurajską katanę. Tuż pod materiałem w okolicach łydek miałyśmy przymocowane dwa sztylety.
            W momencie, gdy wykonałyśmy długi skok nad zwalonym pniem, z obu stron wyskoczyły jakieś postacie. Automatycznie się zatrzymałyśmy i chwyciłyśmy za rękojeść. Zaczęłyśmy się rozglądać po naszych przeciwnikach. Każdy z nich trzymał jakąś broń. Dwóch miało topory, kolejny dość krótki morgensztern, a pozostałych trzech szerokie, srebrne miecze. Przełknęłyśmy głośno ślinę. Jeden na sześć to mała szansa na wygraną. Mimo to postanowiłyśmy walczyć, i tak nie miałyśmy już drogi ucieczki. Byli o wiele zwinniejsi od nas.
            Pierwsi zaatakowali ci z toporami. Tuż obok naszej głowy przeleciało zabójcze ostrze. W ostatniej chwili zrobiłyśmy unik, odpychając się ręką od drzewa i lądując w zaroślach. Kiedy pozostali topornicy ruszyli w naszym kierunku, płynnym ruchem wyciągnęłyśmy miecz z pochwy. Wycelowałyśmy nim w przeciwników. Wszyscy mężczyźni spojrzeli po sobie i sekundę później ruszyli do przodu. Udało nam się zablokować atak jednego z mieczem, jednak drugi przebił nasze prawe ramię. Syknęłyśmy z bólu i podcięłyśmy kolejnego napastnika. Legł na ziemię z głośnym hukiem, lecz wiedziałyśmy, że to nic nie da. Z lewej nadciągała następna trójka, więc odskoczyłyśmy o metr w tył i wyszeptałyśmy pod nosem zaklęcie odrzucające. Ogłuszająca fala energii trafiła w tych z toporami i morgenszternem, sprawiając, że ich ciała poszybowały o kilkanaście stóp od nas i ostatecznie natrafiły na drzewa. Miałyśmy tyle szczęścia, że jeden z nich nabił się na złamaną gałąź. Gdy próbował się uwolnić, z jego ust trysnęła krew. Szamotał się jeszcze przez chwilę, aż prawdopodobnie konar zahaczył o jego serce. Szkoda tylko, że nie przebiłyśmy go naszym mieczem. Gdyby tak się stało, nie byłby w stanie odrodzić się za kilka lat. Byłby martwy na amen. Reszta warknęła z rozsierdzenia.
            — Tylko tyle macie mi do zaoferowania? — parsknęłyśmy, a te słowa rozwścieczyły napastników jeszcze bardziej. Każdy z nich upuścił swoją broń i lekko zadrżał. Potem padli na ziemię, jakby przed nami klękali, a ich ciała zaczęły się deformować. Ręce i nogi urosły o kilka stóp, a zamiast paznokci pojawiły się ostro zakończone szpony, które zaciskały się na pojedynczych kępkach trawy. Ciała pokryły czarne łuski, a szkaradne paszcze nie przypominały żadnych istniejących stworzeń, nawet wilkołaków. — Pieprzone demony — syknęłyśmy z odrazą, jakbyśmy chciały wypluć własne słowa i przygotowałyśmy się do natarcia. Demony zaszarżowały na nas z pełną mocą. Jednego z nich zraniłyśmy w pysk, kolejnego w tułów, trzeci natomiast dźgnął nas swoim rogiem w żebra i odrzucił w tył niczym rozwścieczony byk. Uderzyłyśmy plecami w wystający z zarośli kamień i z głuchym świstem próbowałyśmy nabrać powietrza do płuc. Kremowy materiał zaczął nasiąkać krwią. Oni jednak nie czekali, aż wyliżemy się z ran. Wykonali kolejny atak. W ostatniej chwili odbiłyśmy się od ziemi i przyciskając dłoń do zranionego miejsca, zamachnęłyśmy mieczem. Trafiłyśmy jedynie powietrze i kilka gałązek. Demony zaśmiały się zmienionym, przerażającym głosem, który w pewien sposób przypominał śmiech hien. Zagryzłyśmy ze złości dolną wargę, próbując wymyślić jakiś plan. W przeciwnym razie zginiemy w tej głuszy. Gdy kolejny demon stanął na tylnych łapach, próbując zadrapać nas przednimi, kucnęłyśmy i nadziałyśmy go na miecz. Wszedł w niego gładko, niczym nóż w masło. Trafiłyśmy idealnie w serce, gdyż po chwili bestia padła nieruchoma. Wydała z siebie ostatnie westchnięcie przypominające zaskomlenie i umarła. Żyjąca czwórka warczała niczym rozjuszone wilki, ukazując swoje czarne kły. Gdy zaatakowali razem, zebrałyśmy resztki energii, by ponownie użyć zaklęcia odrzucenia. Zadziałało o wiele gorzej, niż za pierwszym razem. Demony ledwie ją poczuły i znów ruszyły do natarcia. Raz po raz atakowały nas szponami, a my cięłyśmy niemal na oślep.
Sekundy wydawały się być wiecznością. Kilka minut później zostałyśmy same z ostatnim przeciwnikiem. Każde z nas ledwo stało, mimo to walczyliśmy do samego końca. Ostatni demon był najsprytniejszy ze wszystkich. Smagnął ogonem niczym batem w nasz prawy nadgarstek, przez co upuściłyśmy broń. Jego atramentowe, przerażające oczy spoglądały na nas z zadowoleniem. Zbliżył się bardzo powoli, a potem machnął wielką łapą. Trafił nas w klatkę piersiową. Upadłyśmy i nie miałyśmy już siły się podnieść. Leżałyśmy na splamionej krwią trawie, spoglądając tępo do góry. Tuż nad nami zawisła przerażająca morda demona. Wyszczerzył kły w karykaturalnym uśmiechu i już miał zadać ostateczny cios, kiedy nagle zwrócił łeb w kierunku własnej klatki piersiowej. Też tam zerknęłyśmy i z ogromnym zdziwieniem zdałyśmy sobie sprawę, że wystawało z niej kilkucentymetrowe ostrze. Demon przymrużył powieki i padł martwy tuż obok. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna wyciągnął miecz z ciała demona i uklęknął nieopodal nas. Utworzył usta, z których płynęły słowa, lecz jego głos był zbyt odległy dla naszych uszu. Kiedy obraz zaczął się rozmazywać, było już za późno, by cokolwiek zrobić. Straciłyśmy przytomność.

*

            Czyjaś ciepła, duża dłoń spoczywała na naszym czole. Kiedy spróbowałyśmy mrugnąć, zniknęła, pozostawiając po sobie dziwne uczucie pustki, ale jednocześnie pulsującą z bólu głowę. Niepewnie otworzyłyśmy oczy i zaczęłyśmy rozglądać się po pomieszczeniu. Leżałyśmy na obszernym łożu obitym w skórę. Wewnątrz panował półmrok i zaduch. Okna były szczelnie zakryte grubymi, szarymi zasłonami, a na niewielkim drewnianym stoliku stał lichtarz z płonącą świecą. Tuż obok siedział nasz wybawiciel. Jego wzrok utkwiony był w miejscu, na którym trzymał dłoń.
            — W końcu się obudziłaś — mruknął nieco oziębłym tonem, jakbyśmy sprawiły mu niemałe kłopoty. Przecież nie prosiłyśmy o pomoc. — Jak twój bok? Krwawienie nareszcie ustało. — Spojrzałyśmy na naszą nową ranę. Ze zdziwieniem odkryłyśmy, że żebra miałyśmy szczelnie owinięte jasnym bandażem, na którym widniała zaschnięta krew. Czułyśmy pulsujący ból, ale wciąż żyłyśmy.
            — Jest lepiej. Dziękuję — szepnęłyśmy i zmrużyłyśmy lekko powieki. Mężczyzna mruknął z niezadowoleniem.
            — Jesteś Obrończynią Świtu, prawda? — zapytał, a my drgnęłyśmy na dźwięk tych słów. W odpowiedzi jedynie lekko kiwnęłyśmy. — Jak chciałaś walczyć z tymi demonami w pojedynkę? — Jego następne pytanie nieco nas zirytowało. Kim on był, by móc oceniać? Zacisnęłyśmy palce na szorstkiej, skórzanej pościeli i wbiłyśmy w mężczyznę rozgniewany wzrok.
            — Kim jesteś? — warknęłyśmy, nie kryjąc rozdrażnienia. On jedynie parsknął, wstał z małego taboretu i zaczął teatralnie przechadzać się po pokoju.
            — Nazywam się Dagon — rzucił, rozkładając ramiona, jakby chciał kogoś mocno uścisnąć. Nie mogłyśmy dłużej pozostać niewzruszone na widok tego przedstawienia. Parsknęłyśmy, przez co mocniej rozbolał nas bok.
            — Dagon? Naprawdę? Jak ten filistyński mściwy demon? — spytałyśmy, zakrywając dłonią usta. — Bóstwo rolnicze? — dodałyśmy, patrząc, jak mężczyzna wykrzywia twarz w grymasie pogardy dla naszego rozbawienia. — Kto cię tak skrzywdził?
            — Właściwie to spoczywający w krypcie rodzice — mruknął, splatając ręce na wysokości klatki piersiowej. Uniósł jedną brew, przyglądając się naszej błazenadzie. — Powinnaś okazać więcej wdzięczności.
            — Jestem ci bardzo wdzięczna, o wielki Dagonie — prychnęłyśmy i znów zaniosłyśmy się gromkim śmiechem. Rana tak bardzo nas piekła, że chwilę później udało nam się uspokoić i wytrzeć kilka łez z kącików oczu. Mężczyzna wydał z siebie odgłos przypominający warknięcie. — A teraz na poważnie — dodałyśmy i z głośnym świstem wzięłyśmy głęboki wdech. — Kim ty jesteś?
            — Naprawdę nadal tego nie odkryłaś? — zapytał, a tym razem na jego twarzy widniał tajemniczy uśmieszek. Postąpił krok w naszym kierunku i rozprostował ręce, pozwalając ramionom swobodnie zwisać wzdłuż ciała.
            — Mam pewne teorie — odpowiedziałyśmy, zagryzając delikatnie dolną wargę. Nasze serce zaczęło bić niemal niezauważalnie szybciej. Atmosfera panująca w pokoju zrobiła się gęsta i obezwładniająca.
            — Jestem bardzo ciekawy, jakie. — Gdy światło świecy ponownie padło na jego twarz, ujrzałyśmy parę jarzących się szkarłatem ślepi. Z trudem przełknęłyśmy głośno ślinę, a nasze ciało odruchowo zesztywniało. Czyżby uratował nas tylko po to, by potem zabić? To bez sensu... Ale ich rasa była brutalna i nieprzewidywalna. Uwielbiali polować, a potem znęcać się nad swoimi ofiarami. Może właśnie stałyśmy się taką ofiarą?
            — Jesteś demonem. — Słowa z ledwością przeszły nam przez gardło. Nie potrafiłyśmy dodać nic więcej. Myślałyśmy tylko nad tym, jak bezpiecznie stąd uciec. Bez broni i z głęboką raną czułyśmy się niemal bezbronne. Nawet kilka dobrych zaklęć nie mogło nam pomóc. Byłyśmy zdane na jego łaskę.
            — Tak — odpowiedział i jak gdyby nigdy nic, znów usiadł na taborecie obok łóżka. Jego zachowanie zbiło nas z pantałyku. Chciał się z nami pobawić, a następnie zabić? W takim razie, gdzie były jakieś narzędzia tortur albo chociaż długie, ostro zakończone szpony?
            — Więc dlaczego...? — Nie zdążyłyśmy skończyć, gdyż Dagon postanowił nam przerwać. Doskonale wiedział, o co chciałyśmy zapytać.
            — Przez jakiś czas przyglądałem się waszej walce. Jakiej tam walce... — żachnął się. — To bardziej przypominało rzeź. Byłem pewien, że wykończą cię w przeciągu kilku minut. Kiedy jednak ujrzałem, jak zabijasz ich jeden po drugim, nie byłem już taki pewien — przerwał, by spojrzeć nam prosto o oczy. Jego wciąż błyszczały intensywną czerwienią. — Gdy zostałaś z ostatnim przeciwnikiem, z niezrozumiałych dla mnie powodów, zacząłem ci dopingować. W tamtej chwili ujrzałem coś w tobie. Za wszelką cenę nie zamierzałaś się poddać. Twoje groźne oczy i skupiony wyraz twarzy udowodniły mi, że jeszcze wiele muszę się nauczyć. A uwierz, żyję na tym padole już bardzo długo.
Jego słowa nas zszokowały. Czy jakikolwiek demon byłby w stanie zachować się jak Dagon? On z pewnością był inny. Mroczny i przerażający, ale interesujący. Gdybyśmy były na jego miejscu, na pewno pozwoliłybyśmy mu zginąć. Ta myśl przyprawiła nas o poczucie wstydu. I kto tu był potworem? — Dlatego postanowiłem cię uratować. Zapragnąłem zobaczyć świat twoimi oczami. — To, co mówił, było ujmujące i niekonwencjonalne, ale z drugiej strony mógł kłamać. Nie zamierzałyśmy mu ufać, chciałyśmy dowiedzieć się, o co naprawdę mu chodziło.
            — I nie zamierzasz mnie zabić? — spytałyśmy z obawą w głosie, na co Dagon parsknął, jakby właśnie usłyszał jakiś zabawny żart. Jego oczy pociemniały, a rysy twarzy złagodniały.
            — Nie — mruknął, unosząc lekko kąciki ust. Wciąż patrzyłyśmy na niego z lekkim niedowierzaniem, próbując odgadnąć ukryte intencje.
            — Arthurowi się to nie spodoba — rzuciłyśmy, by sprawdzić jego reakcję. Nie miałyśmy pewności, na jakim szczeblu hierarchii się znajdował. Mógł być demonem z najniższej warstwy społecznej, a tacy nie mieli nawet pojęcia, jak nazywał się ich własny król.
            — Nie musisz mu nic mówić — odpowiedział Dagon, świdrując nas wzrokiem. — Jesteś mi coś winna.
            Miał rację. Zawdzięczałyśmy mu życie. Nawet jeśli demon, z którym walczyłyśmy, zabiłby nas za pomocą szponów, odrodziłybyśmy się za dobrych kilka lat z wyczyszczoną pamięcią. Jeśli przebiłby nasze serce swoją świętą bronią, byłoby po nas. Stałyśmy się dłużniczkami, ale to i tak o wiele lepsza perspektywa.
            Gdy chciałyśmy odpowiedzieć na propozycję milczenia, głos ugrzązł nam w gardle. Obraz Dagona zaczął się rozmazywać, a w głowie znów zadudniło. Z rany trysnęła krew, zalewając bandaż i spływając na pościel. Przed oczami miałam już tylko czerń. Wtedy gdzieś na końcu mojej podświadomości rozległo się pukanie. Z początku było ciche i miarowe, z czasem zrobiło się wyjątkowo natarczywe. W końcu nie dało się go już ignorować. Z przerażeniem otworzyłam oczy i rozejrzałam się po swoim pokoju. Leżałam na stercie książek pożyczonych od pani Fitz, a zza moich pleców dochodziło pukanie do drzwi.
            — Jeszcze nie śpię — mruknęłam, podnosząc się od biurka i pocierając obolały kark. Do pomieszczenia wmaszerowała mama. Na jej twarzy widniał nieprzychylny wyraz. Zmrużyła groźnie oczy i wydęła wargi, niczym niezadowolone dziecko. — Co tam? — spytałam niewinnym głosikiem, wstając od biurka.
            — Wiesz, która jest godzina? Pierwsza w nocy! Jutro znów idziesz do szkoły. Najwyraźniej o tym zapomniałaś — rozpoczęła swój monolog. Próbowałam jakoś jej przerwać, ale bezskutecznie. Mogłam jedynie osunąć się bezsilnie na krzesło i czekać, aż skończy. — Zapewne czytasz teraz jakieś głupoty, zamiast spać. Gdybyś się uczyła, zrozumiałabym. — Nie byłam pewna, czy to, co czytałam, było taką wielką głupotą. Podświadomość wysyłała mi sygnały, że w tych starych tomach znajdę odpowiedzi. — Natychmiast kładź się spać i zgaś w końcu to światło!

            — Może w odwrotnej kolejności? — spytałam z przekąsem, na co mama rzuciła we mnie leżącym nieopodal spranym T-shirtem i wyszła z pokoju. Postanowiłam jej posłuchać. Nie miałam już sił na analizę kolejnego zagmatwanego snu. Obiecałam sobie, że na razie spróbuję nie myśleć o tym, co ujrzałam i jedynie zasnąć. Mimo to, tej nocy przyszły do mnie nieco inne sny. O wiele mniej realne, lecz typowe dla zwykłych nastolatków. Śniłam o Dagonie, którego nigdy nie spotkałam.

9 komentarzy:

  1. "Na ścianach wisiały liczne portrety i świece w metalowych lichtarzach przymocowane do ściany. "
    Lichtarz to świecznik stojący, z tego co mi wiadomo. Możesz zastąpić kandelabrem.

    "Kiedy w końcu zatrzymałyśmy się przed solidnymi, mahoniowymi drzwiami, oddech przyspieszył, a serce za chwilę miało wyskoczyć z piersi."
    Trochę średnio to brzmi, że serce ma zaraz wyskoczyć. Ono nie może samo wyskoczyć, więc może "jakby"?
    W kolejnym zdaniu chyba lepiej byłoby zamienić "a" na "i", też z tego względu, że zrobiło się spore nagromadzenie tego pierwszego.

    Coś mi tutaj nie pasuje. W prologu mężczyzna miał oczy w kolorze atramentu (powszechnie uznawane za granatowe), a tutaj nagle onyks?

    "Chciałam z być z mężczyzną."
    literówka

    "Próbowałam krzyczeć, ale głos ugrzązł w gardle."
    brakuje "mi"

    "Co jakiś czas nieznośna gałązka smagała nasz policzek. Mimo to nie zwalniałyśmy."
    powtórzenie "nieznośna"

    W niektórych miejscach przydałby się nowy akapit, bo trochę psują czytanie, ale nie wiem czy sobie życzysz poprawek, więc nie będę więcej wypisywać.

    Powiem tak... Nie miałam problemu ze zrozumieniem rozdziału jednak zastanawiam się, dlaczego nie zamieściłaś najpierw sceny poznania z Dagonem, a dopiero potem seksów? I nie powiem, ale wzmianka o śluzie trochę mnie zdziwiła, być może dlatego, że do moich scen erotycznych nigdy by to nie pasowało. Cóż, siła przyzwyczajenia ^^
    Opisy ładne, chociaż momentami mało obrazowe, trochę w stylu raportu z wyprawy. Nadal jestem ciekawa jak potoczą się losy głównej bohaterki i mam nadzieję, że nie jest jedynie po to, żeby śnić. Byłby to dla niej trochę smutny scenariusz.
    Co do boskiego Dagona, rozumiem, że on też zmienia postać na takie ohydne cosie, jak te, z którymi walczyła Pandora? I jaram się zakazanym romansem, bo jeśli dobrze wykminiłam, to bycie Obrońcą Świtu oznacza mordowanie demonów, tak?
    Czekam na kolejny rozdział i życzę dużo natchnienia :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki za tak długi komentarz :). Większość błędów (literówek i powtórzeń), które wymieniłaś, poprawiłam, ale z kilkoma się nie zgadzam:
      "Próbowałam krzyczeć, ale głos ugrzązł w gardle."
      brakuje "mi" - Moim zdaniem, nie trzeba dopisywać "mi", bo wiadomo, o czyje gardło i głos chodzi (narrator pierwszoosobowy, brak innych osób w pobliżu)
      "Coś mi tutaj nie pasuje. W prologu mężczyzna miał oczy w kolorze atramentu (powszechnie uznawane za granatowe), a tutaj nagle onyks?" - No co Ty, atrament jest czarny :D. Używałam kiedyś takiego na zajęciach z kaligrafii japońskiej.
      Co do sceny seksów... Hmm, może popełniłam błąd, że dałam ją najpierw, może nie. Zrobiłam to, bo chciałam z miejsca pokazać, że oni się w sobie zakochali. Wyznanie ukazane bardzo prędko, ale zabieg był celowy :). Jeszcze raz wielkie dzięki za zauważenie tych błędów, no i jednak wyjustowałam tekst!

      Usuń
    2. Zagubione "mi":
      http://www.edupedia.pl/words/index/show/474724_slownik_frazeologiczny-glos_wieznie_komus_w_gardle.html

      Co do atramentu, proszę:
      http://sjp.pwn.pl/sjp/atramentowy;2441832.html

      Nie czepiam się sceny, jeśli taki był zamysł. Jestem tylko ciekawa, dlaczego tak, a nie inaczej, chociaż rozumiem, że kolejności snów się nie wybiera. A co do justowania, tak wygląda dużo lepiej!

      Usuń
    3. Nieeeeee, nie zgadzam się z tym atramentem, moje oczy nie kłamią haha! Serio, jak dla mnie on jest czarny ;_; Może miałaś na myśli taki atrament we wkładach do pióra? Bo ja mam w głowie to:
      http://www.mazurytour.pl/szablony/domyslny/grafika/kalamarz.png

      Usuń
    4. A zapomniałam!
      Co do transformacji Dagona nic nie powiem :X.
      I nie, Emma nie jest tylko dla tych snów :).

      Usuń
  2. A ja uważam, że to, że dałaś wpierw scenę seksów (co za określenie xD) wcale nie było takim złym pomysłem. Był to malutki spoiler, ale nadał ciekawego smaczku rozdziałowi. Gdy spotkałyśmy Dagona po raz kolejny, wiedziałyśmy już, o co chodzi, że z nieufnej znajomości rozkwitł zakazany romans i nie musiałaś tego tłumaczyć, bo dzięki takiemu zabiegowi czytelnik sam sobie wszystko poukładał w głowie. Mnie się podoba.
    Ogółem wiemy już, że w tych książkach historycznych raczej zbyt wiele nasza bohaterka nie znajdzie, no bo raczej nikt nie pisał o demonach. Chyba, że to jakieś ukryte, zakazane księgi dla szaleńców i jednak czegoś się z nich dowie?
    Matka bohaterki sprawia, że nóż mi się w kieszeni otwiera. Nie wiem, czemu uparłaś się, żeby robić z niej taką podłą sukę, na razie nie widzę w tym sensu, bo jej rola byłaby taka sama, gdyby była miła i kochająca, ale może kiedyś okaże się, że tak miało być.
    Wybacz nieskładny komentarz, jestem chora i mój mózg pracuje na zwolnionych obrotach. Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, zdrowiej tam! Cieszę się, że pomysł z seksami (:D) Ci się spodobał. Co do matki...Hmm, aż taką suką nie jest, chciałam ją wykreować na sfrustrowaną życiem kobietę, której się za bardzo nie udało, porzucił ją partner itd. Fakt, że trochę się wyżywa na córce, ale niektórzy ludzie tak mają, przenoszą swoje bóle na innych ;p.

      Usuń
    2. A no owszem, jest dość prawdopodobna psychologicznie, szacun. :)

      Usuń